« Powrót do listy artykułów
Bułka z masłem… z plecaka, (luty 2010)

Wydawać by się mogło, że odpowiedź na pytanie „co jeść na wyprawie?” jest prosta. Jednak nie zawsze, wszystko zależy od typu wyprawy i… zasobności portfela. Jeśli planujemy wczasy pod gruszą, często mamy do dyspozycji kuchnię lub przynajmniej grilla, sklep niedaleko kwatery, do tego restauracje i czasem żywienie u gospodarzy. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy nasza wyprawa planowana jest w terenie odludnym i jednocześnie ma charakter wędrowny. W takim przypadku należy dość dobrze wyważyć stosunek kalorii do ich wagi. Bardzo ciężki plecak to chyba drugi na liście powód odbierania radości z urlopu (pierwszym jest źle dobrana ekipa). Głód jest także nie do zaakceptowania. Wnioski które się nasuwają są następujące:

- pożywienie, które zabieramy do plecaka powinno być możliwie kaloryczne,
- prowiant powinien zawierać jak najmniej wody,
- nie powinniśmy zabierać ze sobą owoców i warzyw,
- żywność powinna być o możliwie długim okresie przydatności do spożycia.

Zdrowe odżywianie jest bardzo ważne. Jednak, jeśli nie dbamy o odpowiednią dietę przez cały rok, nie starajmy się tego robić akurat na wyprawie planowanej od tygodni lub miesięcy, natomiast, jeśli dbamy na co dzień o to, żeby się zdrowo odżywiać, kilka dni odstępstwa z pewnością nie wpłynie drastycznie na długość naszego życia. Trochę mniej witamin, dieta mało urozmaicona, ze zbyt dużą zawartością tłuszczu, może spowodować jedynie małą niestrawność, nie doprowadzi jednak ani do szkorbutu ani do miażdżycy. Istnieje zasada, szczególnie ważna dla tych, którzy mają wrażliwe żołądki. Powinniśmy unikać jak ognia produktów, które mogą powodować w naszych brzuchach rewolucję żołądkową i nie chodzi tylko o zapachy w namiocie i ciągłe bieganie… w ustronne miejsce, ale o bardziej niebezpieczne odwodnienie i związane z nim osłabienie. Każdy z nas wie, czy i co powoduje takie kłopoty, czasem jest to surowe mleko, czasem kiszona kapusta, nasiona strączkowe lub kombinacja kilku produktów. Zdarza się, że to, co w domu jest tylko lekką uciążliwością, na wyjeździe urasta do rangi choroby, która uziemia nas na dzień lub dwa. Dieta do której organizm był przyzwyczajony ulega dużym zmianom, wszystko jest inne, nawet woda, powietrze, codzienny wysiłek. Nie dodawajmy brzuchom stresów, którym możemy zapobiec. W przypadku niestrawności lub innych lekkich dolegliwości żołądkowych, czasem pomagają napoje typu „cola”. Posiadają w swoim składzie kwasy organiczne, które pomagają w przezwyciężeniu niedomagania. Co jasne, „leczenie colą” przeprowadzamy tylko wtedy, kiedy dolegliwości nie są zbyt duże i napój nie zrobi więcej szkody niż pożytku, a jednocześnie nie mamy innych możliwości pomocy (własna apteczka, apteka).
Dosyć dobrym rozwiązaniem, które łączy w sobie jednocześnie pewne oszczędności finansowe, zabezpiecza nas przed głodem i chroni przed nadmierną masą plecaka, jest łączony system żywienia. Polega to na tym, że we własnym zakresie przygotowujemy jeden posiłek dziennie, drugi zapewniamy żywiąc się w dostępnym punkcie żywienia zbiorowego (restauracja, bar, schronisko). Uogólniając, wtedy kiedy mamy taką możliwość - żywimy się gotowymi daniami, a także uzupełniamy zapasy, oddalając się od cywilizacji - przyrządzamy posiłki we własnym zakresie. Logika podpowiada, żeby nie zwracając uwagi na zachcianki, w pierwszej kolejności wykorzystywać produkty, które mają najkrótszy okres przydatności do spożycia i są najcięższe. Pewien zapas żywności w plecakach pozwoli nam obywać się bez komercyjnej gastronomii, gdyby planowane dotarcie do cywilizacji miało się opóźnić.  Taki sposób żywienia pozwala na urozmaicenie diety, zyskujemy też możliwość wypróbowania miejscowych specjałów. Aby nasz przewód pokarmowy dobrze wywiązywał się z zadań, powinniśmy zjeść przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie. Obok „normalnego” jedzenia dobrze jest mieć w kieszeni plecaka trochę słodyczy i to nie takich w wersji light, lecz w wersji najbardziej tuczącej, jaką uda się kupić. Biorąc pod uwagę ich kaloryczność, są ekonomiczne w transporcie. Po zjedzeniu takiego batonika lub czekolady, szybko odczujemy przypływ energii. Stara zasada mówi, że im wyprawa jest dłuższa, tym bardziej rośnie zużycie prowiantu. Początkowo wystarczają niewielkie porcje, ale po kilku dniach zwiększonego wysiłku, organizm domaga się większej ilości kalorii. Ma to związek z szybszą przemianą materii, zwiększonym wysiłkiem fizycznym przy jednoczesnym kurczeniu się własnych zapasów organizmu. Jeśli decydujemy się na samodzielne przygotowywanie potraw, przychodzi moment na zastanowienie. Jak ugotować obiad bez żadnych warzyw? Aby urozmaicić smak, zamiast noszenia ciężkich bulw, korzeni, liści, kiści i owoców, zabieramy ze sobą zioła i przyprawy, do tego czosnek i ewentualnie cebulę, sprawdza się także susz warzywny (jest lekki, ale wymaga wcześniejszego namoczenia, inaczej gotuje się dużo dłużej niż zupka w proszku). Przy odrobinie doświadczenia zupa w proszku czy makaron z sosem, gdzieś w terenie, mogą smakować jak królewskie dania. Wracając na chwilę do wszelkich suszonych dań typu „gorące kubki”, „sosy błyskawiczne” czy „zupy w proszku”, niewiele w nich wartości i smaku, lecz niezaprzeczalnie mają kilka zalet - są lekkie, trwałe, tanie, łatwe i szybkie w przygotowaniu, a także nie wymagają długiego gotowania. Żywienie się tego typu jedzeniem na co dzień (do czego namawiają nas obrzydliwe reklamy) jest wręcz niebezpieczne: dość dużo chemii, mała różnorodność składników pokarmowych (w tym brak błonnika), kiepska przyswajalność witamin i soli mineralnych. Jednak opisane wcześniej zalety, powodują, że gdzieś w terenie warto przez jakiś czas wspomóc naszą dietę takimi produktami.


Metody obróbki cieplnej.

Posiłek możemy przygotować na kilka sposobów. Nie wszystkie rodzaje obróbki cieplnej będą jednakowo przydatne w trakcie biwakowania. W przypadku wszelkiego rodzaju przenośnych kuchenek i palników, najbardziej energooszczędną i najczęściej stosowaną metodą jest gotowanie. Planując wyprawę powinniśmy tak dobierać produkty, aby czas przyrządzenia był możliwie najkrótszy. Dla przykładu, jeśli zabieramy ryż, warto się zastanowić nad płatkami ryżowymi, jeśli zupy w proszku to takie bez potrzeby lub o krótkim czasie gotowania, makaron - możliwie najdrobniejszy. Tą zasadę stosujemy wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Można zapomnieć o przygotowywaniu od podstaw dań w skład których wchodzą nasiona roślin strączkowych (suche), żylaste i twarde mięso lub inne produkty, których obróbka trwa długo. Smażenie i duszenie na przenośnym źródle ognia jest bardzo nieekonomiczne, dodatkowo wymaga naczyń wysokiej jakości, w tych najtańszych potrawa będzie z wierzchu przypalona, a w środku surowa. Jeśli naszym źródłem ciepła jest ognisko mamy sytuację odwrotną, bez dobrego kociołka i trójnoga gotowanie ma mały sens. Należy pamiętać, że ognisko zabrudzi sadzą każdy garnek czy patelnię. W przypadku ogniska, najlepiej wrócić do korzeni i upiec coś nad płomieniem. W przypadku kiełbasy… każdy ma swoje doświadczenia i nie ma potrzeby się rozpisywać. No może za wyjątkiem kiełbasy białej, surowej. Jest pewna metoda, aby ją upiec bezpiecznie nad ogniskiem (nawet taką najbardziej sflaczałą). Kupując kiełbasę, należy zwrócić uwagę, żeby ilość pętek była parzysta, a kiełbasy nieporozcinane. Następnie dzielimy kiełbaski na pary, zawieszamy na końcu kija w miejscu ich łączenia i podpiekamy lekko, aż do stężenia. Po chwili kiełbaski robią się sztywne i sprężyste :), można je wtedy rozdzielić i nadziewać na kije, już nie spadną. Innym smakołykiem, dość rzadko przygotowywanym jest mięso z kija. Przygotowuje się je podobnie jak na grilla z tą różnicą, że kawałki powinny być mniejsze, ale dużo grubsze (wielkość mniej więcej paczki papierosów). Trzeba uważać z ogniem, żeby mięsa nie spalić, piecze się je tylko odrobinę dłużej niż kiełbaski. Dobrze upieczony kawałek mięsa, jest na przekroju całkowicie upieczony, ale soczysty w środku i pachnący dymem. Jeśli mamy więcej czasu, można spróbować przygotować kurczaka z rożna nad ogniskiem. Z odpowiednio grubych i co ważne świeżych kijków robimy rożen. Będą potrzebne 3 kije, każdy zakończony rozwidleniem. Dwa z nich wbijamy głęboko w ziemię (będzie problem na skalistym podłożu), na trzeciego nadziewamy kurczaka. Przydaje się kawałek drutu, którym zwyczajnie okręcając wokół nóg i szyjki, przytwierdzamy kurczaka do kija, bez tej innowacji kurczak najczęściej nie chce się kręcić razem z kijem. Jak już wszystko jest gotowe to… kręcimy, kręcimy, kręcimy… kontrolując cały czas ogień. Taki kurczak jest bardzo smaczny, inny niż wszystkie, ale żeby nie był surowy w środku takie pieczenie trwa, w zależności od temperatury i wielkości ptaka, od 1,5 do nawet 3 godzin. Kolejny przepis wymaga pewnej wprawy. Kurczak pieczony w glinie ma także ciekawy smak, nie trzeba go ciągle obracać, co docenią wszyscy, którzy wypróbują wcześniej opisany ogniskowy rożen. Jednak „gliniany ptak” nie zawsze wychodzi dobrze. Przyprawionego kurczaka zawijamy w folię aluminiową, następnie całość oblepiamy gliną, tak na grubość 2-3 palców. Teraz najważniejsze, nie powinno się ptaka wkładać do mocno rozpalonego ogniska, ale do takiego, w którym jest niewiele ognia, a dużo żaru. Obsypujemy glinianą kulę żarem i popiołem… czekamy 60-90 minut i wyjmujemy kurczaka. Najczęściej okazuje się, że jest albo nieco niedopieczony, albo przypalony. Im większa wprawa, tym większa szansa, że kurczak będzie zjadliwy, także im niższa temperatura żaru i dłuższy czas pieczenia, tym większa szansa na sukces.  Warto wspomnieć o wędzeniu, szczególnie smaczne są ryby wędzone nad ogniskiem. Ryby nie mogą być za duże, bo będą surowe, zbyt małe, też nie, bo nie będzie czego jeść. Ryby patroszymy, solimy i nadziewamy na kije nachylone nad ogniskiem pod kątem 45 stopni. Ważne, żeby ryby wędziły się w ciepłym/gorącym dymie, a nie piekły w ogniu.

W czym i na czym gotować.

Źródła ciepła:

- ognisko - założenie, że będziemy korzystać wyłącznie z ciepła pod postacią ogniska, świadczy albo o survivalowym charakterze wyprawy, albo braku doświadczenia w planowaniu. Pomimo tego, że ten rodzaj energii towarzyszy nam od pradziejów, dodatkowo jest dość romantyczny, posiada kilka dużych minusów. Osoby z małym doświadczeniem nie poradzą sobie z rozpaleniem ogniska w każdych warunkach, możemy trafić na miejsca, gdzie ogniska rozpalać nie wolno (Parki Narodowe), zbieranie drewna oraz proces rozpalania jest pracochłonny i czasem długotrwały, należy stosować odpowiednie naczynia do gotowania na ognisku, sprawa ostania - ognisko okopci sadzą każdy garnek lub kociołek. Oczywiście, watra to świetny pomysł, można ją wykorzystywać zawsze gdzie to możliwe, ale brak dodatkowego źródła ognia może powodować duże problemy.

                        

Na koniec małymi literkami. Czasem zdarzają się duże problemy z rozpaleniem ogniska, a jest niezbędne. Jeśli mamy do dyspozycji ropę, naftę, płynną rozpałkę do grilla w ostateczności benzynę, raz w życiu przy pilnej potrzebie można z nich skorzystać. Oczywiście tylko w sytuacji krytycznej, bo nie jest to sposób polecany na co dzień. Teraz najważniejsze, nigdy nie polewajmy paliwem przygotowanego ogniska, to daje mizerne efekty, a czasem jest wręcz niebezpieczne (im lżejsze paliwo tym groźniejsze). Aby rozpalić tym sposobem ognisko z wilgotnego drewna, trzeba znaleźć pustą puszkę po konserwie. Nalewamy do niej paliwo, ustawiamy nad nią całe ognisko, moczymy końcówkę kijka w puszce, zapalamy kijek i podpalamy nim zawartość puszki. Paliwo w puszce pali się dość długo, drewno nad nią ma szansę przeschnąć i zapalić się po pewnym czasie. Lepiej od razu nalać całą puszkę, dolewka nie wchodzi w rachubę, gdyż może skończyć się poparzeniem. Jest jeszcze jeden sposób, bardziej ekologiczny, ale mający pewne wady - objętość, ciężar i koszt. Chcąc rozpalić ognisko po deszczu, używamy węgla drzewnego lub brykietu. Rozpalamy na ziemi węgiel, nie żałując go, jak się rozpali zaczynamy dokładać coraz większe szczapy drewna.

- kuchenki na płynne paliwo (denaturat, benzyna, nafta) - kilkadziesiąt lat temu, to było coś. W końcu ciepły posiłek lub świeża kawa w plenerze. Dziś jednak mało kto używa takiego sprzętu. Ciężki, nieporęczny, stosunkowo niebezpieczny. Korzystanie z dobrodziejstw takich kuchenek czasem kończyło się pożarem namiotu, a co gorsza przyczepy campingowej lub jachtu. Do tego dochodzi konieczność noszenia w plecaku paliwa, które w przypadku rozlania może wytworzyć z plecaka pochodnię lub co najmniej zanieczyścić zawartość. Dodatkowo, zagotowanie czegokolwiek na takim palniku trwa dość długo. To wszystko prawda, ale dotyczy kuchenek starszych generacji, dziś można kupić dużo bezpieczniejsze i bardziej wydajne kuchenki. Gotowanie jest dość tanie, dodatkowym atutem jest możliwość odpalenia takiego sprzętu w ekstremalnie niesprzyjających warunkach, niska temperatura plus niskie ciśnienie wysoko w górach. W nowych modelach istnieje możliwość przenoszenia kuchenki z paliwem w środku, w starych kuchenkach nie było to możliwe, a jeśli nawet było to nie do końca pewne.

- kuchenki na propan-butan - pomimo kilku wad to najpewniejsze i najmniej kłopotliwe źródło ognia. Przy odpowiednim użytkowaniu jest bezpieczne. Butle przystosowane do napełniania, ze względu na gabaryt i koszmarny ciężar, na wyprawy wędrowne kompletnie się nie nadają, ale na szczęście ktoś pomyślał o naszych plecach. Istnieje kilka standardów pojemników jednorazowych. Najczęściej spotykane są dwa rodzaje, butla gwintowana i z kołnierzem na wcisk.

                            

Jeśli planujemy wyprawę zagraniczną, warto się dowiedzieć, jakiego typu butle są tam popularne. Może bowiem zdarzyć się tak, że nie kupimy tam pojemników odpowiednich do naszego palnika. Co do ceny gazu, nie jest powalająca, koszt butli waha się od 25 do 75 zł, w zależności od pojemności i kraju, w którym kupujemy. Jaki palnik wybrać? Z tego względu, że będziemy go nosić ciągle w plecaku, powinien być możliwie mały i prosty. Te najmniejsze, po złożeniu, mieszczą się w mydelniczce. Ceny różne, w zależności od firmy i modelu, najtańsze warte uwagi powyżej stu kilkudziesięciu złotych. Garść uwag praktycznych. W przypadku wyjazdów w okresie zimowym, należy zaopatrzyć się w specjalną, nieco droższą, lżejszą mieszankę. Letnia mieszanka przy niskich temperaturach nie będzie chciała się palić. Problemy z paleniem się gazu mogą występować także w górach na dużych wysokościach. W przypadku, gdy gaz się kończy, płomień palnika robi się bardzo mały. W takiej sytuacji, niestety, należy co jakiś czas zdejmować garnek i kilkakrotnie delikatnie potrząsnąć butlą, a płomień na kilka minut się powiększy. Na takiej końcówce gazu można jeszcze zagotować kilka litrów wody. Aby zaoszczędzić spore ilości gazu należy stosować pewne zasady. Butla powinna być ustawiona w miejscu osłoniętym od wiatru, wszystko koniecznie gotujemy pod przykryciem, gotujemy tylko taką ilość wody, która jest niezbędna, wielkość płomienia dostosowujemy do rozmiarów garnka, gdyż zbyt duży płomień to strata gazu i czasu. Ostania uwaga dotyczy bezpieczeństwa. Nieumiejętne obchodzenie się z gazem może doprowadzić do tragedii, szczególną ostrożność i dokładną kontrolę butli należy stosować, gdy gotujemy i przechowujemy pojemnik z gazem w pomieszczeniu zamkniętym. Ulatniający się gaz z nawet tak małego pojemnika może doprowadzić do wybuchu. Ważne jest także odpowiednie skręcenie palnika i butli. Zbyt silne może uszkodzić uszczelkę palnika, zbyt delikatne może prowadzić do wycieku gazu i zapalenia butli, co dalej niech nam podpowie wyobraźnia.

- paliwo turystyczne - w postaci białych kostek lub pastylek. W zasadzie jedynym zadaniem tego typu paliwa jest świadomość jego posiadacza, że w każdej chwili może przyrządzić gorący posiłek. Świadomość ta ulatuje wraz z próbą ugotowania czegoś w ten sposób. Ktoś, kto miał do czynienia z tym wynalazkiem wie, jak trudno cokolwiek podgrzać tym niezbyt ciepłym płomyczkiem. Źródło ciepła mało wydajne, proces podgrzewania trwa długo, przy dużym wietrze mogą być problemy z zapaleniem i utrzymaniem płomienia.

- palniki uniwersalne - wykorzystywane przez profesjonalistów oraz bogatych amatorów, kuchenki, które mogą spalać i gaz propan butan i benzynę, także cięższe paliwa, naftę lub ropę. Sprzęt bardzo przydatny do wypraw w najdziksze i niedostępne miejsca, dalekie od cywilizacji. Uniwersalność takich kuchenek pozwala wykorzystywać akurat to paliwo, które jest dostępne lub łatwiejsze w transporcie. Łączy zalety palników gazowych i benzynowych, jedyne wady to konieczność częstego czyszczenia dysz, większa ilość elementów które mogą zawieźć i… cena.

Jeśli planujemy kilkuosobową wyprawę, należy zabrać ze sobą co najmniej 1 palnik na 3-4 osoby, najlepiej jednak, gdy jeden palnik jest na 2 osoby. Wtedy, niestety kosztem dodatkowego ciężaru, gotowanie przebiega sprawniej i tracimy mniej czasu. W przypadku jednego palnika na więcej niż 6 osób, śniadanie przeciąga się do obiadu, a obiad do kolacji, palnik cały czas coś podgrzewa i nikt nie jest najedzony :). Zużycie gazu zależy od wielu czynników, temperatury powietrza, wiatru, rodzaju przygotowywanych posiłków, systemu w jaki się żywimy (czy we własnym zakresie tylko dożywianie czy kompleksowe żywienie), czasem podgrzanie wody jest potrzebne do celów higienicznych, zdarza się, że nie posiadamy wody z „kranu” i musimy przegotować wodę ze strumienia, aby ją uzdatnić do picia. Bardzo trudno określić potrzebną ilość gazu na dzień na jedną osobę. Czasem po powrocie zostaje nam sporo gazu, ale są i takie sytuacje, kiedy w połowie wyprawy należy zacząć gaz oszczędzać (lub dokupić, jeśli to możliwe). Mały kartusz (230g)  przy przeciętnym zapotrzebowaniu na wodę około 3 litrów dziennie powinien wystarczyć na 4-6 dni dla jednej osoby. Oczywiście biorąc pod uwagę porę letnią, gotowanie pod przykryciem i osłonięcie od wiatru. Dla przykładu, w temperaturze znacznie poniżej zera przy silnym wietrze i odkrytym garnku może okazać się, że nie uda nam się zagotować na jednym pojemniku nawet litra wody. Dlatego tak trudno jest określić zużycie gazu. Ilość potrzebna do zagotowania określonej ilości wody może różnić się o kilkaset procent.

Naczynia

Zdecydowanie stalowe. Stal kwasoodporna nie reaguje z kwasami zawartymi w potrawach, czego nie można powiedzieć o aluminium. Jeśli jednak nie korzystamy z naczyń aluminiowych na co dzień, kilka czy kilkanaście dni korzystania z nich nie spowoduje spustoszenia w naszym organizmie. Na wyjazd wędrowny warto zaopatrzyć się w specjalistyczne garnki. Są lekkie i wytrzymałe, a zabieranie z domu rondli i noszenie w plecaku to nie jest dobry pomysł. Warto wcześniej zastanowić się, jaka ilość garnków i kubków będzie niezbędna i tylko takie minimum warto ze sobą zabrać. Każde zbędne naczynie w plecaku będzie nam ciążyło przez całą wyprawę. Jeśli ekipa jest zgrana, można tak podzielić sprzęt, żeby na dwie osoby przypadały dwa kubki i jeden garnek z pokrywką w kształcie talerza. Przy takiej konfiguracji i świadomym planowaniu posiłku nie powinno być przestojów i zbędnego żelastwa w plecaku. W wersji ekonomicznej można dość tanio skompletować zestaw „małego kucharza”. Sprzęt na 4 osoby (w wersji „niezbędne minimum”):

- dwuczęściowy zestaw menażek „Harcerz” - 40 pln
- cztery półlitrowe kubki ze stali nierdzewnej - 4 x 10 pln
- niezbędnik aluminiowy - 4 x 10 pln

Czyli około 30 złotych na osobę. Turyści z zasobniejszymi portfelami mają szansę wydać kilkanaście razy więcej. Wysokiej jakości garnki z wbudowanym termometrem, tytanowe niezbędniki z latarkami, lekkie i wytrzymałe, kubki z karabińczykami, kubki termoizolacyjne… dziś można kupić cuda.

   poczciwy zestaw "Harcerz", garnki na zdjęciu są już pełnoletnie...

Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis