« Powrót do listy artykułów
Mogilniki - shakery kostuchy, (marzec 2010)

                   

Dwa zdania wyjaśnień, czym w ogóle są mogilniki? To miejsca składowania trucizn o różnym poziomie szkodliwości dla organizmów żywych. Mogą występować w różnych formach, od najpopularniejszych betonowych studni wykonanych z kręgów, przez wykorzystywane bunkry i fortyfikacje, po zwyczajne, niczym niezabezpieczone doły w ziemi. Składuje się w nich do dzisiaj, przeterminowane środki ochrony roślin, różnego rodzaju odpady chemiczne, substancje często bardzo toksyczne. Do takich zbiorników czasem wrzucano wszystko czego chciano się pozbyć, nie zastanawiając się, jakie skutki będzie to powodowało. Po latach, z wymieszanych substancji (nawet mało szkodliwych), w wyniku niekontrolowanych reakcji, mogły powstać związki śmiertelnie toksyczne, zabójcze nawet w niewielkich ilościach. Nikt dokładnie nie wie, czego, po dziesięcioleciach w takich miejscach można się spodziewać. Bo też dziś już nikt nie jest w stanie dokładnie określić, co tam umieszczano.  Szacuje się, że tylko samych pestycydów składowanych jest od 12 do 15 tysięcy ton ! W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nie przejmowano się w Polsce ekologią. Jak to wyglądało w praktyce? Kierownik magazynu PGR-u lub w dowolnych zakładach chemicznych, informował dyrektora, że ma kilka ton niebezpiecznej substancji, z którą nie bardzo wie, co robić. Dyrektor postanawiał, gdzie to w dyskretnym miejscu zakopać, czasem decydowano się wykopać dół w ziemi, czasem budowano coś na kształt studni (lub cały kompleks studni). Nie wykonywano żadnych ekspertyz geologicznych i hydrologicznych, do budowy silosów używano najtańszego betonu, a uszczelniano kręgi najczęściej smołą. Już po kilku latach, te tony składowanych substancji, zaczynały migrować do gleby, czasem dalej - do wód gruntowych. Bardziej lotne substancje przedostawały się na powierzchnie wokół mogilnika i parowały do atmosfery. Nie było przepisów, monitoringu, odpowiedzialności. Oddzielną grupę, najmłodszych mogilników, stanowi prywatny import toksycznych chemikaliów. Na początku lat 90, bardzo intratne było skupowanie trujących odpadów. Skupowali je rolnicy i „przedsiębiorcze” firmy działające w innych branżach. Wystarczyło posiadać gdzieś kawałek ziemi. W żaden sposób niezabezpieczone beczki, zakopywano wprost do ziemi, ukrywano w budynkach gospodarskich, czy nawet stawiano na placach pod folią. Szczytem głupoty wykazał się rolnik, który przyjął za opłatą kilkadziesiąt beczek ze starymi pestycydami, następnie wylał wszystko do pobliskiego zagajnika. Doszedł bowiem do wniosku, że szkoda nowych, ładnych beczek, żeby rdzewiały. Sprzedał je więc, zanim straciły na wartości. Do dziś odkryto około 300 składowisk w skali całego kraju. Wiele czeka na odkrycie, szczególnie tych mniejszych, powstałych z prywatnego importu. To wielkie zagrożenie. W każdej chwili toksyczne substancje mogą się dostać do podziemnych zbiorników wodnych oraz jezior, rzek i całkowicie zabić w nich życie. Zagrożone są ujęcia wody pitnej dla ludzi (najbardziej zagrożeni są ludzie korzystający w okolicy mogilnika z prywatnych studni. Nie przeprowadza się okresowych badań jakości pochodzącej z nich wody). Taki mogilnik, jeśli nie zostanie zutylizowany, po przedostaniu się substancji do wód podziemnych, może oddziaływać na tereny dziesiątków kilometrów kwadratowych. Te śmierdzące jaja, które zostawiły swoim dzieciom i wnukom poprzednie pokolenia, są trudne do usunięcia. Dziś musimy płacić setki milionów za czyjąś bezmyślność i arogancję wobec przyrody. Oczyszczanie terenu polega na wypompowaniu lub wygarnięciu toksycznych odpadów, załadowanie do specjalistycznych pojazdów i wywiezienie do zakładów zajmujących się utylizacją. Następnie wykopuje się elementy mogilnika zakopane w ziemi (najczęściej betonowe kręgi), wykopuje się także całą ziemię wokół nich. Uszczelnia powstały w ten sposób dół i jego boki warstwami gliny i iłów. Na koniec zasypuje całość nieskażoną ziemia i zalesia. Z reguły taki teren jest jeszcze przez wiele lat monitorowany, zanim można będzie nabrać pewności, że cała operacja dała dobre wyniki. Firmy wykonujące tak niebezpieczne zadania, wyposażają swoich pracowników w odpowiednie ubiory ochronne, maski przeciwgazowe. Jeśli w okolicy mogilnika mieszkają ludzie, musza się liczyć z czasową ewakuacją, na czas prowadzonych prac. Eliminacja przeciętnej wielkości mogilnika to koszt około miliona złotych. A czasu jest bardzo mało. Nie tylko ze względu na niebezpieczeństwo skażeń, dodatkowym dopingiem jest dyrektywa Unii Europejskiej, mówiąca, że wszystkie znane w Polsce lokalizacje toksycznych składowisk mają być oczyszczone do końca 2010 roku. Mimo, że większość z tych trzystu znanych lokalizacji jest zutylizowana, z pewnością z pozostałymi niezdążymy do końca roku. Posypią się więc kary.
 

Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis