« Powrót do listy artykułów
Raz w roku w Berlinie, (styczeń 2009)

Czasem przegapimy odpowiedni moment na sylwestrowe ustalenia, jedni znajomi idą na bal, inni zostali gdzieś zaproszeni, a my mamy wizję pozostania w domu i oglądania po raz „enty” tej samej „świetnej” komedii. Ale nie musi tak być, szczególnie, jeśli mieszkamy w Polsce północnozachodniej. W sylwestrową noc możemy wybrać się w miejsce prawie „ekstremalne”. To miejsce to... Berlin. Mała odległość od naszej granicy i łatwy dojazd z Poznania i Szczecina to plusy takiego wyjazdu. Minusem jest to, że to impreza nie dla wszystkich i raczej jednorazowa. Bo ile razy można chodzić do cyrku? Zacznijmy sprawozdanie z nocnej eskapady. Wyjazd ze Szczecina około godziny 14-tej, mijamy dawną granicę w Kołbaskowie, uśmiechamy się, dla nas to bardzo przyjemny moment, od kiedy nie musimy się zatrzymywać i odpowiadać na głupie pytania. Podróż autostradą mija szybko, trochę po 15-tej rozpoczynamy trudną akcję wbicia się w centrum miasta i zdobycia miejsca parkingowego. Znajdujemy spokojne blokowisko niedaleko ścisłego centrum... miejsca parkingowe przynajmniej niektóre są wolne, ale niepokoją nas znaki i dziwne informacje pod nimi „nur für Einwohner”. Więc to „tylko dla mieszkańców”, jedziemy dalej, mijamy parkingi supermarketów, a tam... szlabany i kontrolowany czas wjazdu i wyjazdu, bronią się przed natłokiem aut naprawdę na wszystkie sposoby. Jeszcze kilka rundek po centrum i dajemy za wygraną. Stolica Niemiec podzielona jest na strefy ograniczonego parkowania, w miarę jak oddalamy się od centrum trafiamy do kolejnych stref, gdzie postój płatny trwa krócej... do 18-tej... do 16-tej... wreszcie wyjeżdżamy z wszelkich stref. W zasadzie jest nam wszystko jedno gdzie postawimy samochód. Mamy dużo czasu, a każda droga do centrum będzie tak samo ciekawa. Poza tym spodziewamy się, że im bliżej Bramy Brandenburskiej tym więcej ludzi... w końcu to sylwester, więc jednak może lepiej ukryć pojazd trochę dalej, żeby nie oberwał odłamkowym i można było jakoś wrócić rano. Znajdujemy boczną długą ulicę, z jednej strony za wysokim żywopłotem kompleks parkowo-sportowy, po drugiej kompleks bloków. Zabieramy co trzeba i bierzemy azymut na Bramę Brandenburską. Przemarsz bez specjalnej historii, jedyne, co zrobiło na nas wrażenie to ilość i wielkość zabytków. Przeszliśmy się głównymi ulicami Berlina, zaszliśmy na chwilę do katedry, w niedużej sali odbywała się msza w wydaniu protestanckim. Typowe dla kościołów protestanckich jest surowość wnętrz, w zasadzie brak ozdób, ornamentów, rzeźb i obrazów. Osób nie było zbyt wiele, w pewnej chwili podchodzi do nas dziecko około 8 lat i wyciąga w naszą stronę kij z woreczkiem na końcu... „trzeba” było pozbyć się 2 euro. Po 2 -ch godzinach zwiedzania centrum, postanawiamy przyjechać tu jeszcze raz na dłużej, na imieniny jakiegoś innego faceta, najlepiej takiego, któremu wypadają latem. Widać coraz więcej turystów, ale takich dziwnych, chodzą od jednej do drugiej strony ulicy i co chwila zdejmują plecaki. W końcu przyglądamy się im dokładniej, to nie turyści, to młodzi berlińczycy, mają plecaki i torby wypchane petardami i innymi fajerwerkami. Dużo takich hurtowników. Idziemy ślicznie podświetloną główną ulicą „Under den Linden”. Dochodzimy do dużego budynku, okazuje się, że to ambasada Rosji. Robi wrażenie swoją wielkością... to tak jakby obciąć Pałac Kultury i Nauki na wysokości piątego pietra...i zrobić tam ambasadę. Śmialiśmy się, że w tym budynku stacjonuje pułk Armii Czerwonej, która jeszcze nie wyjechała, kilka czołgów, a w kanalizacji pod budynkiem łódź podwodna. Tłum gęstnieje, w zasadzie nie trzeba znać miasta, wystarczy iść z prądem. Co chwila wybuchają petardy, gdzieniegdzie widać na niebie fajerwerki. Dochodzimy w okolicę Bramy Brandenburskiej, duże ogrodzenie, bramki, ochroniarze, kontrola, sprawdzanie plecaków, szybkie obmacywanie ubrań, obok sterta pustych butelek po napojach o rożnej mocy. Kto ma szklaną butelkę ten nie wejdzie, więc ludzie szybko wypijają co mają w plecaku i przechodzą za bramki. Góra szkła za to rośnie. Okazuje się, że jesteśmy jednymi z ostatnich, którym udało się wejść na teren miejskiej imprezy, kilka minut po nas bramkarze przestają wpuszczać przez bramki. Nieliczni "szczęśliwcy" wchodzą tylko w sytuacji, kiedy ktoś opuszcza ogrodzony obszar. Przebijamy się w okolicę wielkiej sceny, wygląda to nieźle, trochę komercyjnie, na wielkich telebimach,co jakiś czas pojawiają się reklamy. W okolicy bardzo dużo budek z jedzeniem, napojami i pamiątkami... jak na naszych festynach, tylko skala większa. Można nawet kupić szampana i grzane wino, oczywiście w plastikowych kubkach. Ach, są jeszcze małe buteleczki 100 gramowe z różnymi mocniejszymi trunkami. Oddalamy się od sceny, mamy już dość ciągłego przepychania się tłumu. Ze sceny pada informacja, że ilość ludzi bawiących się przekroczyła milion... mamy wrażenie, że to spora przesada, ale kilkaset tysięcy jest tu z pewnością. Zabawa nie jest rewelacyjna, ludzie stoją spokojnie, niektórzy się kiwają w rytm muzyki, inni rozmawiają w grupkach. Jest cały przekrój społeczeństwa, no może poza biznes klasą, widać i zwykłych ludzi w różnym wieku, których jest najwięcej, trochę subkultur młodzieżowych... Jest spokojnie, nikt nikogo nie zaczepia, widać wielu ochroniarzy. Jesteśmy pewni, że jest także dużo policji w cywilnych ubraniach... ale i tak w razie kłopotów zapanować nad takim tłumem byłoby chyba niemożliwe. Czas zaczyna nam się dłużyć, wolelibyśmy przejść się już po mieście, ale czekamy. W drodze demokratycznych wyborów zwycięża opcja: zostajemy do północy, oglądamy pokaz sztucznych ogni i idziemy dalej. 10...9...8...7...6...5...4...3...2...1.... Nuuuuul... z setek tysięcy gardeł, a my, po złożeniu sobie życzeń, przemieszczamy się, żeby lepiej widzieć fajerwerki. Pokaz nie powalił nas na kolana, ale obiektywnie trzeba stwierdzić, że był niezły. Zawiodła jedynie pogoda, powietrze było odrobinę zamglone i widok wybuchających fajerwerków był nieco nieostry. Jesteśmy nieco zmęczeni staniem pośród tłumu, a do samochodu kilka kilometrów. Jednogłośnie postanawiamy rozpocząć odwrót na wcześniej ustalone pozycje. Ewakuacja z „teatru działań sylwestrowych” odbyła się bez komplikacji. Bez komplikacji to znaczy, że nikt nas nie zaczepiał, nie polała się nasza krew, nie okradziono nas, a także nie potrącił nas żaden pojazd. Jednak to, co się działo na trasie naszego kilkukilometrowego przemarszu to istna wojna. Wybuchy petard zlewały się niemal w jeden huk, było ich kilkadziesiąt na minutę, w tym, co chwila naprawdę głośne, podobne do wybuchu bomb. I to trwało z podobnym natężeniem przynajmniej 2 godziny. Ludzie mieli pokaźne zapasy różnego rodzaju świszczących, świecących i przede wszystkim wybuchających materiałów. Sytuacja nie zmieniała się w kolejnych dzielnicach, można powiedzieć, że z czasem wręcz stawała się gorsza. W miarę ilości wypijanych trunków statystyczny berlińczyk stawał się coraz bardziej pijany, a zachowania ludzi były coraz bardziej bezmyślne. Byliśmy świadkami strzelania racami w budynki, a nawet celowania w okna, co jakiś czas widzieliśmy race rozbijające się o okna i ściany budynków. Niczym specjalnym nie było strzelanie w stronę ludzi. Nie agresywne,  nie złośliwe, ale tak niby na wesoło i zupełnie bezmyślnie. Ani celujący racami w tłum, ani potencjalni poszkodowani, chyba nie zdawali sobie sprawy ze skutków. Tak samo, jak nie spodziewali się pożaru dachu dużego budynku, strzelając wcześniej sztucznymi ogniami w jego kierunku. Robiło się nieco niebezpiecznie. Pijani ludzie byli jak w amoku, obrywały zaparkowane i jadące samochody, autobusy, nisko lecące fajerwerki przelatywały tuż nad głowami ludzi, czasem, na szczęście niewielkie i dogasające, rozpadały się na czyimś ubraniu. Można było mieć wrażenie, że to nie sylwester, a wielka inscenizacja zdobywania miasta w 45-tym roku. Pozostałości po materiałach pirotechnicznych równo zaściełały ulice i chodniki w każdej dzielnicy, na każdej ulicy. Nigdy i nigdzie wcześniej nie widzieliśmy takiej ilości śmieci po zużytych petardach i fajerwerkach, do tego pobite butelki i inne śmieci, to naprawdę był kożuch, nie można było zrobić kroku nie depcząc po tych odpadkach. Spodziewaliśmy się atrakcji wielkiego miasta, ale to wszystko nas ogłuszyło i chyba nieco zmęczyło. Trzeba było cały czas uważać i przewidywać co może nas spotkać, jaki ruch wykona pijana masa. Może nie czulibyśmy tego zagrożenia, gdyby nie to, że połowa z naszej 4-ro osobowej ekipy była zupełnie trzeźwa, a druga połowa prawie trzeźwa. W końcu, około 3-ej dotarliśmy do samochodu. Ruch na ulicach malał, ale nie można było nazwać miasta spokojnym. Przebiliśmy się autem przez tony ulicznych śmieci i wskoczyliśmy na autostradę. A wszystko to bez zbędnej zwłoki, w głowach mieliśmy drugą część naszego sylwestra… prywatkę w domowym zaciszu w nieodległym Szczecinie. Tak mniej więcej wyglądała szampańska impreza pod chmurką w Berlinie. I tak mniej więcej wygląda co rok. Kończąc, warto było to wszystko zobaczyć, ale... raz wystarczy!

POWRÓT DO GÓRY STRONY

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ


Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis