Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez Vacek Plecak » Czw Mar 18, 2010 9:17 am

Raj czy piekło?
W zasadzie można stwierdzić, że miejsce to, byłoby rajem dla wędkarzy, myśliwych czy zbieraczy runa leśnego. W rzekach pływają ponad metrowe sumy, w lasach ilość zwierzyny jest kilkakrotnie większa niż w innych rezerwatach, dodatkowym atutem jest niewielka ilość mieszkańców i przyjezdnych gości w tej spokojnej okolicy. Jest tylko jedno „ale”, miejsce to zwane jest „rezerwatem” tylko w przenośni, a opisywany teren to zamknięta strefa wokół elektrowni atomowej w Czarnobylu. Zagęszczenie ludności na metr kwadratowy podobne do tego na Grenlandii. W strefie o powierzchni 4770 km2 mieszka lub pracuje tylko kilkaset osób. Obiegowa opinia mówi nam o rodzących się w okolicy potwornie zniekształconych noworodkach, o całkowitym braku życia w lasach lub odwrotnie, o mutantach zwierzęcych tam biegających, o świecących w nocy grzybach. W świadomości ludzi są obrazy opuszczonych miast i wsi, gdzie wejść w miarę bezpiecznie można tylko w specjalistycznych ubraniach ochronnych, gdzie groźne i tajemnicze promieniowanie jest tak silne, że z pewnością zabije wszystko co żyje, jeśli nie od razu to przynajmniej po jakimś czasie. Okazuje się, że to mity. Wg opinii biologów, dla ekosystemu dużo większe korzyści przyniosła katastrofa i związane z nią wysiedlenie ludzi, niż stan trwający przed awarią. Można rzec, że przyroda skorzystała przy okazji tego nieszczęścia bardziej niż ucierpiała. Ale przyroda to nie wszystkie przykłady kłócące się z obiegowym mitem. Nie dość, że cały czas od wybuchu żyje tam garstka ludzi, to jeszcze jedzą żywność z własnych ogródków, złowione w „zonie” ryby, uzbierane grzyby. I jakoś ich to nie zabija. Ci ludzie odmówili wysiedlenia, mimo nakazów i rozkazów, mimo pism z bardzo ważnymi pieczątkami, udało im się jakoś wymigać od masowej ewakuacji. Woleli zostać na niebezpiecznym obszarze niż dać się wysiedlić i w zaawansowanym często wieku zaczynać życie od zera. Wielu z tych, których poniosła fala ewakuacji, do dziś egzystuje w podupadających hotelach robotniczych. Stracili wszystko. W czasie ewakuacji można było zabrać tylko podstawowe rzeczy. Po pozostałe, właściciele mieli szanse wjechać do strefy dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych. Ale większość z nich zabrała już tylko pamiątki rodzinne i to tylko te, które się ostały. Pomimo, że teren był zamknięty i strzeżony, w tych opuszczonych nagle domostwach, po latach pozostały tylko ściany i zupełnie bezwartościowe, zniszczone przedmioty. Rozkradzione zostało wszystko, od kranów i umywalek, po meble i sprzęty gospodarstwa domowego. Wiele domostw zdewastowali poszukiwacze skarbów. Ci pozostali mieszkańcy to nie jedyne osoby przebywające w „zonie”, kolejne grupy to strażnicy i pracownicy elektrowni, którzy pomimo, że reaktory są wyłączone, mają zadania związane z kontrolą, bywają tam też naukowcy. Oddzielną niewielką grupę stanowią… letnicy. Na co dzień mieszkają poza strefą, ale wpadają tam na urlopy i weekendy, aby w spokoju odpocząć. To fakt, że zdecydowana większość budynków sprawia wrażenie scenografii do filmu „Nuklearna zagłada V”, ale wśród tych opuszczonych i niszczejących budowli widać oznaki życia: na głównej drodze asfalt w miarę równy, nowe znaki drogowe, czasem widać świeżo odmalowane domostwa, w czystych oknach wiszą firanki, a w nocy widać światła żarówek. W samym Czarnobylu jest działający sklep, kilka jadłodajni dla turystów, hotel, poczta. Właśnie na tej ostatniej znaleźć można tablicę z wyświetlaczem stanu pogody i aktualnym poziomem radiacji. Oczywiście, te dowody na istnienie życia w strefie, nie zacierają wrażenia opuszczenia, dewastacji i zniszczenia, które widać na każdym kroku. Turysta czuje się lekko nie swojo zawsze, kiedy przypomni sobie gdzie jest, a to co widzi nie daje mu zapomnieć gdzie jest, nawet na chwilę. Promieniowanie jest nieco wyższe niż przeciętnie, ale po pierwsze nie przekracza dopuszczalnych norm, po drugie, są miejsca stale zamieszkiwane przez ludzi gdzie naturalny poziom promieniowania jest dużo wyższy (czasem nawet o 100 razy wyższy od przeciętnego). W Polsce dużo wyższe promieniowanie występuje na niektórych obszarach Sudetów. Bez podawania niezrozumiałych dla laików wartości można przyjąć, że przebywanie w zamkniętej strefie powoduje przyjęcie dawki podobnej do tej, na jaką będziemy narażeni lecąc samolotem odrzutowym na dużej wysokości, ale dużo mniejszej niż przy wykonaniu zdjęcia rtg. Tylko w najbliższej odległości od elektrowni promieniowanie ma większą wartość (znacznie różniącą się w poszczególnych miejscach), ale nie tak wysoką, żeby nie można było bezpiecznie przebywać tam przez dłuższy czas (liczony w godzinach, a nawet dniach). W centrum Czarnobyla mierniki pokazują promieniowanie około 10 mikrorentgenów na godzinę, w Kijowie w różnych miejscach 10-20 mikrorentgenów na godzinę… . Być może jedzenie grzybów, ryb złowionych w rzekach i roślin wyhodowanych w przydomowych ogródkach ma negatywny wpływ, szczególnie, kiedy odżywiamy się taką żywnością przez lata. Jednak mieszkańcy nie mają innego wyboru. Z reguły nie są to zamożne osoby i zwyczajnie nie stać ich na sprowadzanie wody i żywności spoza strefy.
Ktoś wpadł na pomysł i zaryzykował jego realizację. Skoro ludzie jeżdżą w okolicę czynnych wulkanów, wspinają się na zabójcze ośmiotysięczniki, odwiedzają nieczynne poligony atomowe, skaczą ze spadochronem i robią mnóstwo innych niebezpiecznych rzeczy, to może będzie zainteresowanie, aby zwiedzać zamkniętą strefę? Dziś na Ukrainie działa kilkanaście biur turystycznych wyspecjalizowanych w organizowaniu wycieczek w okolicę Czarnobyla. Jedna firma działa także w Polsce. Temat jest rozwojowy, początkowo wycieczki trwały kilka godzin, dziś są firmy realizujące programy dwudniowe, z noclegiem w strefie. Przykładowy jednodniowy program wygląda następująco:
- wyjazd z Kijowa do zamkniętej strefy,
- wjazd do strefy, przekazanie podstawowych informacji o katastrofie i zasadach bezpiecznego zwiedzania, omówienie stanu obecnego,
- zwiedzanie miast Prypeć, Czarnobyl, obserwacja z odległości sarkofagu reaktora, zwiedzanie portu rzecznego, wybranych cmentarzysk sprzętu używanego przy akcji ratowniczej,
- kolacja (produkty i woda pochodzą z poza strefy) i powrót do Kijowa.
Ceny takiej nietypowej wycieczki są stosunkowo wysokie. W zależności od organizatora i programu kształtują się na poziomie 300-600 dolarów od osoby (nie wliczając kosztów dotarcia do Kijowa). Obcokrajowcy płacą za wszystko wyższe stawki, panuje tam nadal podział (podobnie jak u nas przed rokiem ’90) na turystów krajowych i zagranicznych. Jest szansa, żeby dostać się do „zony” w sposób nielegalny, przy pomocy byłych mieszkańców lub pilnujących żołnierzy, obniża to znacznie koszty (do poziomu 100-150 dolarów na osobę), ale w przypadku złapania przez straż, eskapada kończy się karą w wysokości 20 płac minimalnych, czyli około 8500 tyś dolarów. A o wpadkę nie jest trudno, „zona” podzielona jest na podstrefy, aby dojechać do elektrowni trzeba przebrnąć przez kilka punktów kontroli… dodatkowo, co jakiś czas widać przejeżdżający patrol. Nie polecamy. Aby odwiedzić opisywane tereny, pomimo ceny, najlepiej jest w sposób legalny wykupić wycieczkę u oficjalnego organizatora. Pomijając barierę językową, załatwienie wszystkiego indywidualnie może okazać się tak samo kosztowne, a biorąc pod uwagę humor urzędnika, czasem niemożliwe do przebrnięcia. Aby dostać się do strefy trzeba koniecznie mieć ze sobą paszport. Jeszcze jedna ważna uwaga, do „zony” nie mogą wjeżdżać osoby niepełnoletnie. Obok samej elektrowni, opuszczonych miast i wsi, duże wrażenie robi port rzeczny z częściowo zatopionymi i zardzewiałymi barkami i statkami. Kilkanaście jednostek, niektóre mają pod wodą rufy, inne dzioby, porozrzucane w nieładzie. Ich widok sprawia groźne wrażenie. Nie inaczej jest na wielu cmentarzyskach napromieniowanego sprzętu ciężkiego. Są i wielkie śmigłowce i pojazdy opancerzone, setki ciężarówek i innych specjalistycznych pojazdów. Wszystkie maszyny ustawione na „spocznij” na wielu placach, boiskach. Wszędzie tabliczki o zakazie podchodzenia do tego sprzętu, pomimo tego ludzie wchodzą, robią sobie zdjęcia, zaglądają do środka… Uderzające jest to, że pojazdy pozbawione są wielu elementów. Często brakuje szyb, reflektorów, całych silników. Wszystko co można zdemontować i wywieźć jest rozkradane. Następnie te części, albo rozpoczynają życie, jako zamienniki, albo wędrują na złom, gdzie są przetapiane i w nowym wcieleniu trafiają do „obiegu”. Oficjalnie władze z tym walczą, ale z mizerną skutecznością. Widocznie stal jest potrzebna. Na bazarze w Kijowie można kupić wiele przedmiotów rodem ze strefy, część z nich nigdy tam nie była, ale część faktycznie, została przemycona ze skażonych terenów. Podsumowując, odwiedzenie tego miejsca staje się coraz bardziej popularne. Czasem, na punkcie kontrolnym, trzeba poczekać w kolejce kilkadziesiąt minut na wjazd do strefy. Przyjazd do Czarnobyla z pewnością jest mniej niebezpieczny niż spacer w okolicach Kabulu, ale z racji konieczności przełamania własnych lęków i istniejącego jednak niewielkiego, ale realnego zagrożenia, z pewnością zasługuje na miano wycieczki ekstremalnej. W Kijowie znajduje się muzeum poświęcone czarnobylskiej katastrofie, miejsce szczególnie polecane tym, którzy nie zdecydują się na wjazd do strefy.

Największy „dzięcioł” świata.
W okolicy elektrowni znajduje się kompleks, tzw. Czarnobyl 2. Jest to wielki, pozahoryzontalny radar systemu „Duga 2”, zwany także „okiem Moskwy” lub „rosyjskim dzięciołem”. Cała instalacja była olbrzymia (częściowo jest do dziś). Maszty o wysokości od 80 do 150 metrów, instalacje antenowe położone na długości 900 metrów. O wielkości tej stacji świadczy też ilość obsługującego ją niegdyś wojska, w sumie około 1000 osób obsługi. Podobne instalacje były umiejscowione w różnych miejscach Rosji. Co interesujące, radar nadawał dziwny sygnał, typowo przez 7 minut z mocą minimum 10 megawatów (!). Dźwięk odbieranego sygnału przypominał stukanie dzięcioła, stąd potoczna nazwa. W systemie „Duga 2”, w okolicy Czarnobyla, znajdowała się część odbiorcza radaru, a 58 kilometrów dalej, obok miejscowości Lubecz - część nadawcza. Oficjalnie radar przestał być wykorzystywany w momencie wybuchu reaktora pobliskiej elektrowni, z powodu zniszczenia elektroniki przez promieniowanie jonizujące. Po latach, oficjalnie Moskwa przyznała, że system radarowy był częścią systemu obrony i służył do wykrywania rakiet balistycznych. Istnieją także niesprawdzone teorie o wykorzystywaniu sygnału do oddziaływań na ludzką podświadomość. Tak naprawdę do dziś nie wiadomo z całą pewnością, czy wersja oficjalna Moskwy jest prawdziwa, czy może instalacje miały służyć także innym celom.

Sowieckie „ksenony”.
System zarządzania i podejmowania decyzji w całym komunizmie przepojony był strachem. Dodając do tego zacofanie technologiczne, tworzy się bardzo niebezpieczna mieszanka. Podobnie było z awarią w elektrowni w Czarnobylu (która nota bene była instalacją wojskową, zadaniem reaktorów, obok wytwarzania energii, mogła być produkcja plutonu do celów militarnych). Działania niezgodne z procedurami, pośpieszna rozbudowa elektrowni, niedbanie o bezpieczeństwo w imię budowania socjalizmu. Katastrofa była wynikiem przeprowadzonego eksperymentu, eksperymentu, który w skrócie, miał odpowiedzieć na pytanie: czy wprowadzenie zmian konstrukcyjnych w urządzeniach bloku reaktora zwiększy bezpieczeństwo elektrowni? Reaktor napędzał turbinę, która produkowała prąd, część tego prądu była potrzebna do obsługi i kontroli reakcji jądrowej. Zmiany musiały być dokonane, gdyż blok reaktora, w przypadku potrzeby natychmiastowego wyłączenia go, był całkowicie poza kontrolą przez około 45 sekund (w momencie awaryjnego wyłączenia reaktora, rozpędzona turbina dawała odpowiedni prąd potrzebny do obsługi systemu kontrolnego tylko przez 15 sekund, a zewnętrzne agregaty prądotwórcze nabierały odpowiedniej mocy po minucie od włączenia). Wprowadzone zmiany, teoretycznie zapewniały wytwarzanie prądu przez zwalniającą turbinę przez minutę, od wyłączenia reaktora. Była to jednak tylko teoria, którą postanowiono sprawdzić praktycznie. Nie zrobiono tego przed oddaniem bloku do eksploatacji, co było jedną z przyczyn tragedii. Aby przeprowadzić test, należało zmniejszyć moc reaktora i zablokować dopływ pary do turbiny. Było to już samo w sobie niebezpieczne, ponieważ czarnobylski reaktor typu RBMK-1000 był niestabilny przy małych mocach (było to powodowane specyficzną budową tej konstrukcji). Dodatkowo wyłączono część urządzeń systemu kontroli, aby nie przeszkadzały w realizacji planów w symulacji stanu awarii. Z powodu opóźnienia eksperymentu, przewidziana do jego przeprowadzenia zmiana pracowników, zakończyła pracę o godzinie 16, cały proces rozpoczął się wieczorem, więc rozpoczęła go kolejna ekipa, ale i ona o północy zeszła ze stanowisk, w trakcie wykonywanego zadania nastąpiła kolejna zmiana pracowników. Obsługa nie znała szczegółów i dokładnych planów eksperymentu (wg wcześniejszych planów miała tylko dozorować wyłączony już reaktor), to kolejny błąd, który niebawem miał się zemścić. Następną z szeregu przyczyn, była zbyt głęboka redukcja mocy reaktora, wynik niewielkiego doświadczenia inżyniera obsługującego blok energetyczny. Taka sytuacja spowodowała nadmierne wydzielanie się izotopu ksenonu-135, który „zatruł reakcję”. Ze względu na barak odpowiednich przyrządów kontrolnych, pracownicy nie mieli pojęcia o zaistniałej sytuacji. Zamiast natychmiast przerwać eksperyment i wyłączyć reaktor, a następnie zastosować się do instrukcji (która mówi, że po zatruciu ksenonowym reaktora, należy odczekać około 24 godzin, przed ponownym zapoczątkowaniem reakcji), rozpoczęto zwiększanie mocy reaktora. Polegało to na podnoszeniu z reaktora prętów kontrolnych. Co istotne, ze względu na „zatrucie ksenonowe” (które powoduje obniżenie wydajności reakcji), aby zwiększyć moc, pręty były wyjęte do pozycji znacznie przekraczających normy. Reaktor powoli nabierał mocy, kolejną czynnością było zwiększenie przepływu wody chłodzącej. Jednak po zwiększeniu chłodzenia, kolejny raz spadła wytwarzana moc. Starano się to zrekompensować dalszym wysuwaniem prętów kontrolnych. Po tych działaniach reaktor przestał być kontrolowany, bo główne narzędzie do kontroli reakcji, czyli pręty, zostały prawie całkowicie wyjęte, jednocześnie przy niewielkiej mocy reaktor krańcowo utracił stabilność pracy. W tamtej chwili jedynym czynnikiem hamującym reakcje był wydzielony wcześniej izotop ksenonu. Pracownicy nieświadomi grożącego niebezpieczeństwa kontynuowali eksperyment. Przepływ pary do turbin został wyłączony, turbiny zaczęły zwalniać, co spowodowało zmniejszanie się chłodzenia reaktora (turbiny zasilały pompy chłodzące), coraz bardziej rosła produkcja pary, przy jednoczesnym wzroście temperatury i promieniowania, co powodowało kolejny wzrost produkcji pary. Wydzielony ksenon nie mógł już spowolnić reakcji, która zaczęła przyspieszać lawinowo. Pół minuty później, jeden z pracowników próbował uruchomić awaryjną procedurę natychmiastowego wygaszenia reaktora (procedura AZ-5). Polega ona na wsunięciu do reaktora wszystkich prętów jednocześnie, co zatrzymuje reakcję łańcuchową. Jednak pręty były niemal całkowicie wyjęte, a ich pełne wsunięcie trwa około 20 sekund. Co bardzo istotne, stosowane w reaktorze pręty miały wadę konstrukcyjną. Końcówki tych prętów, w celu łatwiejszego wsuwania wykonane były z grafitu. Powodowało to, zamiast stopniowego spowalniania reakcji łańcuchowej, przyśpieszenie jej w pierwszym momencie procedury. Gwałtowny skok mocy spowodował przegrzanie reaktora, a to z kolei unieruchomienie prętów kontrolnych i dalsze lawinowe narastanie mocy. W ciągu kilku sekund moc przekraczała trzydziestokrotnie normalny poziom. Reaktor zaczął się rozpadać, pękały rury z wodą, kanały paliwowe. Połączenie wysokiej temperatury reaktora z wodą tryskającą z popękanych rur spowodowało gwałtowny wzrost ciśnienia pary, cały reaktor wpadł w wibracje, podskakiwały elementy osłony biologicznej reaktora (cała osłona ważyła 2000 ton). Przy braku możliwości zatrzymania reakcji, w przeciągu chwili doszło do pierwszego wybuchu reaktora. Ciśnienie pary wodnej rozerwało ciężką osłonę antyradiacyjną. Woda dostała się bezpośrednio do rdzenia reaktora, zetknęła się z paliwem i grafitem o temperaturze 3000 stopni. W takiej sytuacji doszło do termolizy wody. Woda nie tyle parowała, co rozkładała się na wodór i tlen w proporcji najbardziej wybuchowej. Kolejna, większa eksplozja, tym razem mieszaniny wodoru i tlenu, zniszczyła cały budynek. Przy dostępie tlenu z powietrza, tony rozrzuconego wokół zgliszcz reaktora, gorącego grafitu zaczęły się palić. Pożar trwał 9 dni, w tym czasie uwolniło się do atmosfery więcej dymów i pyłów radioaktywnych niż w momencie samego wybuchu.
Reakcja Rosji była typowa, brak informacji i negowanie faktów, następnie utajnienie całego wydarzenia. Największy zarzut pod adresem ówczesnych polskich władz to decyzja o nieinformowaniu społeczeństwa o zagrożeniu ze względu na możliwość wybuchu paniki. Jednak komunistycznym władzom chodziło głównie o to, żeby nic nie zakłóciło wielkiego święta braci robotniczo-chłopskiej - 1 maja. Kilka dni po katastrofie podano w telewizji lakoniczny komunikat o awarii w elektrowni atomowej na Ukrainie. Podano go tylko raz, ale Polacy biegli w czytaniu między wierszami, włączali radia i dowiadywali się o skali zagrożenia z „Głosu Ameryki” i „Wolnej Europy”. Uzyskane informacje nie były jednak ścisłe, wolny świat nie wiedział dokładnie, co się stało. Miarodajne były jedynie odczyty poziomu radiacji, przekazywane przez państwa prawdziwie demokratyczne, nad które dotarła radioaktywna chmura.
Dziś okazuje się, że skutki wybuchu reaktora nie były tak tragiczne jak informowały o tym zachodnie media. Wtedy nagłówki gazet krzyczały o tysiącach ofiar grzebanych w przydrożnych rowach. Ale Moskwa jest sama sobie winna, histeria zachodu była powodowana brakiem wiedzy o wydarzeniu i chęcią wykorzystania katastrofy do walki z blokiem komunistycznym. Nie trzeba było za bardzo straszyć ludzi. Całe pokolenia wychowane na zimnej wojnie, panicznie bały się radioaktywnych skażeń. Obie strony przez lata straszyły siebie nawzajem kolejnymi głowicami i jednocześnie swoich obywateli wizjami ataku nuklearnego przeciwników. Wywołany strach zwiększał poparcie społeczeństw na kolejne, jeszcze większe wydatki na spiralę zbrojeń. Czarnobyl niewątpliwie czegoś nas nauczył. Mamy świadomość katastrofy, która sprawiła wiele ludzkich tragedii i wiedzę, że nasza technika bywa często zawodna. Ale z drugiej strony, dziś już wiadomo, że ta wielka katastrofa nie zabiła i nie zabije milionów ludzi. Wiadomo, że 30 kilometrowa zamknięta strefa praktycznie nadaje się do zamieszkania (za wyjątkiem kilku kilometrów kwadratowych wokół samej elektrowni). Dlaczego więc, co jakiś czas można czytać o dzieciach mutantach i świecącym lesie? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Władze Ukrainy i Białorusi uzyskują milionowe dotacje i bezzwrotne pożyczki na działania minimalizujące straty powodowane katastrofą. Dbają o to żeby strumień pieniędzy płynął możliwie długo, więc podsycają strach, fałszują dane i nadal kontrolują strefę, bo wpuszczenie tam ludzi mogłoby wzbudzić zastanowienie u płatników. Organizacje ekologiczne straszą dla własnych celów. Lobby związane z energetyką jądrową narzeka, że ekologiczne akcje przeciw siłowniom atomowym są opłacane przez lobbing gazowo-naftowy. Dla mediów, które kłamią na każdym kroku, histeria jest narzędziem pracy. Dziś nie sprzedaje się nic zwyczajnego, zwyczajność jest nudna. Artykuł lub film wywołujący strach to zysk. Warto więc co jakiś czas postraszyć społeczeństwo i zarobić na tym trochę grosza. Na koniec pozostaje jedynie przytoczyć fragment materiału znalezionego w internecie. To akurat przykład na zupełnie bezinteresowną bezmyślność. Mieszanina półprawd i kompletnych bredni, przyprawiona pseudonaukowym bełkotem:

…najtańszy sarkofag, który mógłby utrzymać czy zastąpić rozpadający się z powodu radiacji dotychczasowy, kosztowałby nie 15 mln $, lecz TRZY MILIARDY. Zmarło już nie 200 osób, ale, wg danych oficjalnych, 8-10 tys. Samych "likwidatorów", naświetlonych dawkami od 20-100 remów (czasem więcej, lecz nie mierzono dokładnie!) było ponad 500 tys. Ze względu na nieszczelność reaktora podczas deszczu przedostaje się woda, która w połączeniu z nuklearnym pyłem tworzy "atomowe bajoro". I tu zaczyna się "diabelski krąg". W momencie, gdy atomowa mieszanina osiągnie masę krytyczną, powstanie eksplozja jądrowa nieobliczalnych rozmiarów, a następnie w ciągu reakcji łańcuchowych wylecą w powietrze dalsze reaktory atomowe. Ogromna chmura uranowa o palącej sile słońca oznaczać może tylko śmierć dla milionów ludzi. Byłby to koniec Europy. To jednak nie koniec atomowego szaleństwa. Nad śmiercionośnym reaktorem wisi jeszcze drugi "miecz Damoklesa". Jest nim ważąca 2 tys. ton ciężka kamienna płyta, która w katastrofie została przesunięta i na skutek jej odchylenia od pionu o 15 stopni. Już przy najsłabszym trzęsieniu ziemi może ulec przewróceniu. Do atmosfery uwolniłyby się wtedy tony radioaktywnego materiału. Skutki tej katastrofy są nie do opisania. Przewyższałyby rozmiarami tę z 1986 roku. Atomowy sarkofag jest nieszczelny. Przyczyną tego jest to samo niechlujstwo, które w 1986 doprowadziło do katastrofy - wyjaśnia Gregor (imię naukowca zostało zmienione). Jako fizyk atomowy dokładnie zna okoliczności, które wiodą do nowej apokalipsy. Na feralny reaktor zrzucano beton z helikopterów. Nikt nie może dokładnie powiedzieć, jak teraz wygląda wnętrze bloku reaktora. Tylko jedno jest pewne: tony radioaktywnego pyłu wirują wewnątrz. Na blok reaktora zostały położone za pomocą zdalnie sterowanych robotów stalowe płyty. Na skutek tego w pokryciu wystąpiły szpary szerokie do 10 cm. Rdza i korozja utworzyły dalsze rysy. Pomimo grożących represji, fizycy pragną opublikować światu prawdę. Nie chcemy ponosić odpowiedzialności za największą katastrofę ludzkości - mówi Gregor. W rękach rządów państw Zachodu leży zapobieżenie tej apokalipsie. Do całego świata kierujemy wołanie o pomoc. Po takim kataklizmie nie nastanie żaden następny dzień. Gregor opowiada też o swoim synu, który stał się również ofiarą choroby popromiennej. Świat o nas zapomniał - konstatuje.
Awatar użytkownika
Vacek Plecak
Wczasowicz
 
Posty: 21
Dołączenie: Czw Wrz 03, 2009 12:24 am

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez jackfoto75 » Czw Mar 25, 2010 4:59 pm

Kurczę, jak poczytałem i poszukałem zdjęć, to nabrałem dużej ochoty żeby tam pojechać. z jednej strony trochę strach, ale z drugiej, to nie byle jaka wycieczka, kusi to miejsce, kusi. Tak myslę, że wrażenia byłyby na całe życie. Teraz jest coraz głośniej o budowie elektrowni atomowej w Polsce, mam nadzieję że w niej nie będą robić takich eksperymentów. Kiedyś byłbym przeciw, ale dziś, jakby była to najnowsza technologia i najlepsze zabezpieczenia, to chyba bym poparł taka budowę. Pusto tu trochę, na tym forum, ale może ktoś odpowie. Pozdrawiam.
ps -a ja myślałem faktycznie, że tam jest wszystko umarłe i nie można wchodzić, a tu proszę, jak w dowcipie, "urlop w Czarnobylu"
jackfoto75
Domator
 
Posty: 2
Dołączenie: Nie Sie 02, 2009 11:23 pm

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez skorpion » Śro Kwi 28, 2010 1:28 pm

no wiesz,ja taka odwazna nie jestem ;) moze to i ciekawe,ale po co sie niepotrzebnie narazac?? artykul b.interesujacy,przeczytalam,wiem wiecej,nie mialam pojecia,ze ludzie tam jezdza i "odpoczywaja" i to mi wystarczy.a co do elektrowni atomowej,to jestem za.Polska potrzebuje takiego niezaleznego zrodla energii,a poza tym teraz elektrownie atomowe buduje sie zupelnie inaczej i sa bezpieczniejsze,pozdrawiam. :)
skorpion
Domator
 
Posty: 2
Dołączenie: Nie Mar 28, 2010 2:04 am

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez chrupek » Czw Kwi 29, 2010 8:09 am

ten strach jest ciągle podsycany, wypowiadał się ostatnio Janukowycz, że mu brakuje 400 milionów euro na zabezpieczenie reaktora, czyli kasa kasa i jeszcze raz kasa, mają z tego Czarnobyla niezły interes http://wyborcza.pl/1,75248,7817785,Kijow_straszy_Czarnobylem.html
Skorpion, ty się tak nie bój, ten strach to się bierze tylko ze straszenia w mediach bo dla wielu jest na rękę żebyśmy się ciągle bali i płacili, jakby tam było tak strasznie to ludzie tysiącami nie jeździliby na wycieczki.
chrupek
Domator
 
Posty: 2
Dołączenie: Czw Kwi 29, 2010 7:40 am

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez zebrak_od_89 » Czw Kwi 29, 2010 9:55 am

hłehłehłe - takich głupot jak ten cytat napisany kursywą to w życiu nie widziałem, na razie
zebrak_od_89
Domator
 
Posty: 1
Dołączenie: Czw Kwi 29, 2010 9:52 am

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez chrupek » Pią Kwi 30, 2010 12:03 pm

Tacy już niestety są politycy, potrafią bez skrupułów przekuć każdą tragedię na wynik sondażowy i kasę, tak było i jest z Czarnobylem, jeszcze chwila i zaczną wykorzystywać trumny nasi politycy przy okazji ostatniej tragedii, a w zasadzie to już zaczęli :(
chrupek
Domator
 
Posty: 2
Dołączenie: Czw Kwi 29, 2010 7:40 am

Re: Urlop w promieniach gamma, (listopad 2009)

Postprzez estera.goldshmidt@gmail.com » Pią Kwi 17, 2015 1:58 pm

A kto niby zaczął wykorzystywać trumny?

Jeżeli wspomnisz o zmarłych w swojej rodzinie, to reszta rodziny też mówi, że wykorzystujesz trumny?

Nie popadajmy w paranoję.
Tanie noclegi w Gdańsku http://www.folksvillage.pl/
estera.goldshmidt@gmail.com
Domator
 
Posty: 5
Dołączenie: Pią Kwi 17, 2015 1:49 pm


Powróć do Dołącz do dyskusji nad artykułem ze stron Portalu

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości

cron