« Powrót

ekspresowy autostop

Stefan (Gdynia/Ostróda), 07-04-2010 01:04
(Ocen: 1)

Historia z myszką… miałem wtedy około dwudziestu pięciu lat, a był rok 91 może 93. Zrobiliśmy z przyjaciółmi taki wyścig nad morze. Wyjechaliśmy autostopem o tej samej porze, każdy ze swojego miejsca zamieszkania. Ja jechałem w ten sposób pierwszy raz. Ze zmiennym szczęściem udawało mi się coś złapać. Nie był to wyścig o nic, przegrany, czyli ten który miał najsłabszą średnią, stawiał skrzynkę piwa, na wieczorną imprezę przywitalną. Było śmiesznie. Może najmniej śmiesznie dla kolegi ze Szczecina… do Świnoujścia miał rzut beretem, ale jednocześnie pecha, nie dość że długo czekał, to wsiadł do obładowanego „Tarpana”, w sumie czekanie i dojazd zabrały mu 6 godzin. Chłopak z kwaśną miną, wyliczał o której musi przejechać ktoś następny, żeby on mógł oddać mu pałeczkę „ostatniego”. Nawet ci mieszkający najdalej, mimo że przyjechali później, mieli lepszą średnią. Wieczorem, wszyscy dość zmęczeni dojazdem, odżyli przy ognisku i wygranej skrzynce. Zaczęli opowiadać jak było na trasie, w zasadzie każdy przeżył coś ciekawego. Ja mogłem opowiedzieć na przykład o 2 skacowanych zielonych ludzikach z „Nyski”. Zatrzymało się dwóch młodych ludzi, jechali, już nie pamiętam, czy z hurtowni czy na targ. Cała „Nyska” była zapakowana zgrzewkami koncentratów soków owocowych. Chciało im się potwornie pić. W pewnym momencie wpadli na pomysł żeby napić się tych soków. Wypili po butelce, początkowo krzywili się, potem jakoś im szybciej poszło. Częstowali i mnie, ale ja nie byłem zdesperowany. Picie pomogło na kaca, zupełnie o nim zapomnieli, zrobili się za to zieloni na twarzach. W końcu wysiadłem. Kolejny pojazd to stara zdezelowana betoniarka. Kierowca w zasadzie wcale się nie odzywał… był taki hałas, że nic i tak byśmy nie słyszeli. W pewnym momencie na zakręcie, otworzyły się drzwi pasażera, nie było tam oczywiście pasów, więc już na prostej musiałem trzymając się rączki wychylać się trochę i zamykać je. Po pierwszej takiej akcji, kierowca wykrzyczał „one się czasem otwierają… uważaj”. Były i inne pojazdy i inni kierowcy, jechałem samochodem osobowym, fajnie się rozmawiało z kierowcą, dopóki nie wjechaliśmy na odcinek drogi w fatalnym stanie, rzuciłem taki komentarz, „oto przykład jak nasi drogowcy pracują”, sądziłem że to dość bezpieczne podtrzymanie rozmowy. Okazało się, że kierowca był jakimś kierownikiem w rejonie dróg publicznych, wściekły zaczął mi opowiadać, że to nie ich wina, bo brak środków, brak sprzętu, głupie przepisy. Jak już wysiadałem, był nadal urażony. No cóż… . Niestety nie mogłem im jeszcze wtedy opowiedzieć historii która byłaby z pewnością gwoździem wieczoru. Przez tydzień na biwaku było jak to na biwaku… super. Czas szybko minął, zaczęliśmy się rozjeżdżać do domów (większość w tym ja, autostopem). Bez większych problemów, ciężarówką dojechałem do Bydgoszczy, a w zasadzie wysiadłem na obwodnicy. Aby nadal jechać w kierunku (wtedy) mojej Ostródy, musiałem przejść na drugą stronę skrzyżowania i tam zacząć łapanie. Minęło południe, pogoda bardzo ładna, pomyślałem, że nawet jak trzeba będzie postać to i tak mam dobry czas i odpowiednią pogodę. Po może trzech minutach usłyszałem pisk ruszającego samochodu, po drugiej stronie skrzyżowania. To był „Polonez” i to całkiem nowy. Pomachałem, zatrzymał się z piskiem obok mnie… pytam „do Torunia?”, chłopak kilka lat starszy ode mnie, mówi „tak, wsiadaj”. Tu trzeba dodać, że te czasy 20 lat wcześniej, jeśli chodzi o motoryzację bardzo się różniły od czasów dzisiejszych. „Polonez” był nadal dobrem luksusowym i mieścił się w najwyższej klasie na polskich drogach, a do tego, młodzi ludzie nie codziennie mieli okazję jeździć samochodami, nawet jako pasażerowie. Szczególnie ci, tak jak ja, których rodzice nie mieli własnego pojazdu. Ruszył z piskiem, w porównaniu do maluchów, trabantów czy innych złomów, ten nowy „Polonez” rozpędzał się jak rakieta. 80.. 100… 120… myślałem że na tym koniec, ale on przyspieszał dalej… z prędkością 150 na łuku drogi minęliśmy jakąś furmankę. Jechał jak szalony. Nie byłem przyzwyczajony do prędkości powyżej 100 km/h… a tu licznik pokazuje czasem 160. Zapytałem, czy zawsze tak szybko jeździ, powiedział: „tylko w pracy, jak jadę z żoną i dzieckiem to prowadzę znacznie wolniej”. Nie chciałem pokazać, że się boję, więc zamiast go wprost poprosić żeby jechał trochę wolniej, to zacząłem opowiadać różne zasłyszane historie wypadków i ich skutków. Podziałało, ale tylko na 5 minut. Po chwili uodpornił się, kiwał głowa na moje opowieści i wciskał gaz. Ja odruchowo przy każdej niebezpiecznej sytuacji wciskałem nieistniejący pedał hamulca pod nogami pasażera (sam się potem dziwiłem, że mam taki odruch, wyrobiony po kursie prawa jazdy). Chłopak był jednak cały czas miły i uśmiechnięty, cos tam żartował ze mną, opowiadał. Już nawet wolałem żeby nic nie mówił, tylko bardziej uważał na drogę. Na koniec, podwiózł mnie pod sam dworzec kolejowy „Toruń - miasto”, machnął ręka na pożegnanie i odjechał z piskiem. Trasa Bydgoszcz-Toruń w 45 minut. Nieźle, pomyślałem. Szkoda, że nie trafiłem na niego w naszym wyścigu w drodze na biwak, może dzięki niemu wygrałbym. Tylko jedna myśl coraz bardziej nie dawała mi spokoju. Nowe auto, zadbane na zewnątrz i w środku, tylko jeden element nie pasujący do całości… wisiały pod kierownicą jakieś przewody i kostki. Już nie pamiętam, czy następnego dnia, czy za miesiąc, doszedłem do wniosku, że to był złodziej samochodów. Ukradł „Poloneza” w Bydgoszczy kilkanaście minut przed tym kiedy do niego wsiadłem. Tak… „tylko w pracy tak szybko jeżdżę…” i ta rozwalona stacyjka i wiszące kable z kostkami… byłem zbyt przejęty szybkością, żeby o to pytać w czasie jazdy. Był miły, to fakt, ale z pewnością byłem mu przy okazji potrzebny, w razie kontroli policji, może stwierdziłby, że to ja jestem właścicielem, a on został zabrany na okazję i dałem mu się „przejechać” autem, może miał inny plan awaryjny z wykorzystaniem mojej osoby, o którym nawet nie śniłem? W każdym razie, to najdziwniejsza i najszybsza podróż autostopem w moim życiu.

Stefan

Dodaj komentarz:
08-04-2010 02:19 Zgłoś nadużycie 
lol i poszedłbyś siedzieć za współudział. bynajmniej do wyjaśnienia :)
Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis