« Powrót

Jeden Dzień w Górach Fogarskich

Józek Korba, 19-11-2010 03:18
(Ocen: 5)

 

Jeden dzień w Górach Fogarskich.
 
To fakt, wyszliśmy zdecydowanie za późno. Wychodzenie na długi, wyczerpujący szlak o godzinie 11:30 to porażka organizacyjna. Na swoje usprawiedliwienie (bo to ja byłem głównym winowajcą) dodam, że byłem zmęczony poprzednim dniem, długim marszem, upałem, ciężkimi plecakami. Przy spalonym schronisku „Cabana Suru” obozowało kilkanaście ekip i niemiecka wycieczka szalejących pięćdziesiątek. Co do tych ostatnich, byli dosyć liczni, głośni i nie będę ukrywał… upierdliwi. Do ciekawego wydarzenia doszło wieczorem. Krzysiek stał koło naszego namiotu i rozmawialiśmy o głupotach, kiedy nagle zamilkł na chwilę, usłyszeliśmy dudnienie kroków, jakieś zamieszanie, potknięcie się kogoś o naciągi namiotu sąsiadów... Nie bardzo wiedziałem co się dzieje… po chwili słyszę znowu głos Krzyśka obok naszego namiotu:
- Wiesz co się stało?
Odpowiadam że wiem, pewnie złożył namiot Niemcom którzy rozbili się obok nas.
- Nie… gadam z wami i się rozglądam, spojrzałem w stronę swojego namiotu a tam jakieś świecące ogniki, przyglądam się bardziej, a w namiocie siedzi lis z błyszczącymi oczami w świetle czołówki… Zaczynam biec w stronę namiotu, potykam się o jakieś linki, ale łapię równowagę, jestem już w połowie drogi, kiedy ten rudy złodziej wyciąga wielki 80 litrowy worek z prowiantem i gazem. Worek był pełny tylko w 20 procentach, a reszta worka skręcona w warkocz. Złodziej ten warkocz miał w pysku i ciągnął worek, jak lisek chytrusek na jakiejś kreskówce. Nie uciągnął za daleko, ta wypchana bańka worka zaczepiła się o namiot, w którym zamek był rozpięty tylko częściowo. Lis puścił łup i uciekł dopiero kiedy dobiegłem na 3-4 metry… a myślicie że uciekł gdzieś do lasu? Odbiegł na 20 metrów, usiadł na górce i cały czas obserwuje sytuację. Zaczęliśmy zastanawiać się, co by było gdyby lisowi udało się niepostrzeżenie ukraść worek? Doszliśmy do wniosku, że niestety, ale opcja z lisem kompletnie nie wpadłaby nam do głowy i po cichu obwinilibyśmy za to złodziejstwo zupełnie niewinnych Rumunów. Jak wspomniałem, spaliśmy za długo, dodatkowo wszystkie poranne przygotowania wykonywaliśmy jak muchy w smole. Nasze dwa namioty zwinęliśmy jako ostatni… . Potem jeszcze herbatka, smarowanie się kremem z filtrem… i w końcu z wielkim bólem w gorące południe, z obozowiska od razu pod górę. Szliśmy wiele godzin nie spotykając innych turystów, jedynie pasterzy i stada owiec. Był przełom sierpnia i września, dni nie były już takie długie, zaczynaliśmy się zastanawiać czy zdążymy dojść do schroniska „Cabana Bârcaciu” przed nocą. Niestety nie mieliśmy zbyt dobrej mapy, ale znałem trochę ten szlak, i spodziewałem się że trzeba będzie wyjąć czołówki. Krajobraz przypominał nieco okolice naszych Czerwonych Wierchów i Kasprowego w Polskich Tatrach. Po minięciu kolejnej przełęczy, szlak trawersował zboczem w stylu nieco bieszczadzkim. Na tym zboczu doszliśmy do dwóch rzeczy, najpierw do strumienia, a potem do wniosku… że to świetne miejsce na przygotowanie posiłku. Już chwilę wcześniej w dole zauważyliśmy, bacówkę, ogrodzone stado owiec i faceta na koniu z flintą na ramieniu. Istne Góry Skaliste na dzikim zachodzie. Wcześniej rozmawialiśmy, o tym, że chętnie spróbowalibyśmy prawdziwej góralskiej bryndzy, bez norm, uszlachetniaczy i reklamy w telewizji. Jako że ja gotowałem najlepiej w naszej 3 osobowej ekipie, a Krzysiek miał najlepszą kondycję (i pewnie ma do dziś), podział ról wyklarował się bez długich targów. Zaczęliśmy jeść swój przydział mdłego kleiku ryżowego, kiedy dojrzeliśmy w oddali wracającego Krzyśka, a w jego ręku coś białego. Podszedł do nas z tajemniczym uśmiechem, widząc tą minę pytamy co jest… a on:
- Ale jaja… schodzę na dół, stukam do drzwi bacówki, ktoś tam coś powiedział po rumuńsku, to wchodzę, siedzi jakiś łepek z 35 lat z flintą na ramieniu, mówię do niego po rumuńsku „dzień dobry”, odpowiedział… więc zaczynam… pytam po angielsku, czy może sprzedać mi ser, bryndzę, a on na to „nu”… chciałem się zapytać czy jakiś inny ser może ma, ale tylko zacząłem pytać, a on przerwał mi na samym początku tym swoim „nu”. No to co, mówię mu po rumuńsku „do widzenia”, robię w tył zwrot i biorę namiar na drzwi… a ten się nagle mnie pyta:
- You are german?
Odpowiadam: no, no… I am from Poland
- moment… powiedział i poszedł do drugiego pomieszczenia. Wraca za minutę z czymś białym w grubym foliowym worku, i mówi: you from Poland, daje mi bryndzę w rękę i kontynuuje: maj privat bryndza. Oczywiście nie chciał żadnych pieniędzy, robił groźne miny że się obrazi jak mu dalej będę chciał płacić, na koniec wcisnął mi dwie małe konserwy z pasztetem… i mówi pół po rumuńsku pół po angielsku:
- góry wysokie, droga długa, wy głodni…
Bryndzę mieliśmy okazję zjeść na śniadanie następnego dnia, była przeraźliwie słona, chyba bardziej niż śledzie prosto z beczki, a konserwy okazały się polskimi pasztetami. Zresztą z polskim jedzeniem i napojami spotykaliśmy się w Rumunii wielokrotnie. W sumie poczuliśmy się docenieni i dowartościowani… Rumun dał nam za darmo to, czego nie chciał nawet sprzedać Niemcowi… . Z uśmiechniętymi gębami ruszyliśmy dalej. Słońce zaszło, zaczynało się powoli ściemniać, a naszego schroniska nie widać. Doszliśmy do miejsca w którym szlak zdecydowanie zmieniał swój charakter. Wąska ścieżka, z jednej strony prawie pionowe ściany, z drugiej przepaść i tak na zmianę z rumowiskami, gdzie bloki skalne i ostre głazy tworzyły bardzo ciekawy szlak, trzeba było schodzić aktywnie pracując rękami. Ale to było dopiero przed nami. Tak więc jeszcze na płaskim i łatwym odcinku szlaku, w pewnej chwili, porosiłem resztę ekipy, aby odeszła trochę do przodu, tak ze 30 metrów, za najbliższy zakręt. Jak już zniknęli, znalazłem sobie odpowiednie miejsce na dłuższe posiedzenie. Po kilku minutach dogoniłem towarzystwo, wyprzedziłem ich i utknęliśmy po kliku krokach. Okazało się że kamienna lawina zerwała ścieżkę. Było już zupełnie ciemno, próbowałem wybadać grunt nogą, ale było stromo i można było polecieć w dół. Do tego moja czołówka miała już słabiutkie baterie i świeciła mocą jednej turboświeczki. Krzysiek nagle mówi że widzi jakieś świecące punkty za nami… zaczynam żartować z Edytą, że zobaczył najpewniej wiewiórkę. Ale pomimo żartów zacząłem się bacznie przyglądać ścieżce za nami… nic… wytężam wzrok, ale nic. Czołówka za słabo świeci aby cokolwiek zobaczyć. Krzysiek stał ostatni, jakieś 6 metrów za mną. Nagle zaczyna się cofać i mówi:
-widzę jakiś wielki łeb !!! KUR**… TO NIEDŹWIEDŹ !!! (przepraszam za dosłowny cytat)
Już nam nie było do śmiechu, w ciągu ułamka sekundy przeanalizowałem sytuację, z lewej pion, z prawej przepaść, za niedźwiedź, przed zerwana ścieżka… wybieram… „przed”. Bez najmniejszych problemów przechodzimy przez ten niebezpieczny kilkumetrowy odcinek, dalej kawałek po płaskim i zaczyna się ostre schodzenie po dzikim terenie. W tym miejscu należy dodać, że szlaki w rumuńskich Górach Fogarskich, nie są tak grzeczne jak tatrzańskie. Zabezpieczenia są rzadkością, często w złym stanie technicznym i tylko w najniebezpieczniejszych miejscach. Turyści często sami sobie wybierają drogę, bo szlak to szeroka przestrzeń, na której wiele kamieni jest ruchomych, mogą pęknąć, osunąć się lub oderwać się pod chwytem dłoni. Wracając do misia na szlaku… paniki brak, ale pewna nerwowość i owszem, w czasie szybkiego schodzenia, umawiamy się na akcję wymiany baterii w mojej czołówce. Ustalamy, co każdy z nas ma zrobić żeby postój trwał możliwie krótko. W ustalonym minutę wcześniej miejscu zatrzymuję się, szybko, zdejmuję czołówkę i wyjmuję stare baterie, w tym czasie, Edyta odpina moją górną klapę, Krzysiek wyjmuje, nowe baterie, Edyta zapina klapę, a ja już zakładam latarkę na głowę. Świeci świetnie, w końcu to prądożercy halogen, a nie jakieś tam wynalazki diodowe. Wszystko trwa nie więcej niż pół minuty. W połowie zejścia widzimy światło, daleko w dole na rozległej hali. Ten widok jest wybawieniem, przypominam sobie, że podczas mojej poprzedniej wyprawy, była tam mała bacówka z ułożonych kamieni. Jest światło, więc są ludzie, to i będzie bezpiecznie. Nie będę oszukiwał, że nie oglądałem się za siebie. Co kilkadziesiąt sekund, mocnym światłem omiatałem głazy za nami. Na szczęście nic nie widziałem. Zeszliśmy w świetle czołówek w czasie około 20 minut, kilka lat wcześniej, za dnia, zabrało mi to około 45 minut. Nieco pewniej poczuliśmy się na płaskim terenie, porośniętym dużymi kępami traw, było nierówno, czasem leżały kamienie, ale co chwila gasnące i zapalające się światełko było coraz bliżej. Przeskoczyliśmy przez kilka wąskich strumieni i wylądowaliśmy przy bacówce. Nagle niesamowity widok, dziesiątki niebieskich światełek, oczy owiec podświetlone czołówkami. Wszystkie owce na nas patrzyły, leżały spokojnie i przeżuwały kolację. Przed bacówką było dwóch pasterzy, jeden koło 30, drugi około 50 lat… może ojciec i syn. Chwilę trwało zanim dogadaliśmy się że chcemy przenocować, pokazywali na swoją dymiącą chatkę że jest mała i nie ma miejsca, faktycznie, była wielkości standardowej przyczepy campingowej. Pokazaliśmy pasterzom „turystycznym językiem migowym” kształt namiotu, i wtedy padło oczekiwane „no problem”. Wokół biegały i szczekały psy, naliczyliśmy ich z siedem, wszystkie hałaśliwe, niezbyt urodziwe i nikczemnego rozmiaru. Namioty rozbiliśmy w kilka minut, byliśmy zmęczeni, szczególnie od chwili kiedy przestaliśmy czuć zagrożenie, opadły emocje, adrenalina przestała się wydzielać. Nawet bez gorącej herbaty, wskoczyliśmy do śpiworów. Kilka minut później jakieś 10 metrów od namiotu usłyszeliśmy głośny pomruk niedźwiedzia. Lazł cały czas za nami, ale to nie my byliśmy jego głównym celem, znaleźliśmy się przypadkiem na jego drodze do stada owiec, a innej drogi nie było. Z drugiej strony… kto wie jak to wszystko by się skończyło gdybym kucał za kamieniem 5 minut dłużej. O ile niedźwiedź nie załatwiłby mnie od razu, to ekipa miałaby niezapomniany widok, widząc mnie wybiegającego zza zakrętu ze spodniami na wysokości kostek i drobiącego krok jak gejsza z wyrazem przerażenia na twarzy… Pasterze mieli stary reflektor samochodowy i akumulator, jeden świecił, a drugi z grubym kijem i szczując psami odganiał niedźwiedzia od swojego stada. I tak aż do świtu.
Dodaj komentarz:
19-11-2010 03:17 Zgłoś nadużycie 
opowiedz o dzikach nad morzem :) Mr.Snake
08-03-2010 21:48 Zgłoś nadużycie 
musze przyznac, ze historia robi wrazenie! macie co wspominac :)
28-07-2009 22:30 Zgłoś nadużycie 
ale fajna przygoda :)
10-05-2009 22:25 Zgłoś nadużycie 
sdsfsdfsd
Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis