« Powrót

Piechotą przez granice.

Dalejlama, 25-04-2010 22:50
(Ocen: 4)

Dawno, dawno temu, kiedy nie byliśmy w strefie Schengen, aby przekroczyć granicę trzeba było posiadać magiczną książeczkę o nazwie paszport, byli także celnicy i strażnicy, szlabany i karabiny. Na moich wyjazdach z reguły było „normalnie inaczej”, zwykłe wyjazdy bez specjalnych atrakcji śmierdziały trochę nudą. Przyprawiałem więc scenariusz czymś delikatnie, żeby podróże miały ostrzejszy smak. Tym razem, w ramach oszczędności i sprowokowania przygody, mieliśmy wracać do domu tylko lokalnymi pociągami i autobusami. Plan był taki, aby na Węgrzech dojechać do ostatniej stacji przed Słowacja, granicę przejść na piechotę, następnie złapać jakiś autobus do Koszyc i dalej zastanowić się nad najlepszym środkiem transportu do granicy z polską i dalej nad Bałtyk. Wesoło było już na stacji w Miszkolcu. Dosyć ładny i nowoczesny dworzec kolejowy, po dłuższej chwili znaleźliśmy informację kolejową. Przestronna sala i okienko z wielką szyba, a za nim pani „informatorka”. Podchodzimy do okienka, pani rozmawia przez telefon. Po kilku minutach zrzucamy pod nogi ciężkie plecaki, pani nadal rozmawia przez telefon, bujając się z lekka na obrotowym krześle. Pomimo tego, że znamy tylko jedno słowo po węgiersku „bor”, łatwo zauważyć, że pani prowadzi prywatną rozmowę. Co jakiś czas uśmiecha się do swoich myśli, zmienia ton głosu i wcale nie zagląda do rozkładu jazdy. Do tego czas tej rozmowy, nie skłamię jeśli napiszę, że było to ponad 10 minut. W pewnym momencie, zmęczony tą sytuacją, pokładając się na blacie okienka, mówię do kumpla: „co jest… albo gadanie, albo praca!”, parafrazując scenę z filmu Barei, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?” (tą na poczcie, dla znających film). W końcu pani odłożyła słuchawkę, więc kumpel zaczyna się produkować po angielsku. Pani przerywa mu z uśmiechem i mówi: „można po polsku”… okazuje się, że 20 lat wcześniej poznała Węgra, wyszła za niego i przeprowadziła się do Miszkolca. Dowiedzieliśmy się, jakie mamy połączenia, pogadaliśmy jak starzy Polacy, jak się żyje na Węgrzech a jak obecnie w Polsce. Co prawda, za nami utworzyła się kolejka kilku osób głodnych informacji, ale my rozmawialiśmy po polsku, więc mogli się tylko domyślać, że półprywatnie. Zresztą doszliśmy do wniosku, że skoro to stacja kolejowa, to kolejka jest tam rzeczą zupełnie naturalną i na miejscu. Wychodząc, byliśmy zadowoleni z siebie, że na cytacie z Barei się skończyło… nie znacz dnia ani godziny… kiedy natkniesz się na polaka. Mamy godzinę do odjazdu pociągu, parno, nad samym horyzontem widać odległe błyskawice. W końcu ruszamy, skład piętrowy, 4 wagony, prawie zupełnie pusty. Z Miszkolca do ostatniej stacji jest około 60 kilometrów, ale ten osobowy pociąg wlecze się niemiłosiernie. Po godzinie zaczynamy wypatrywać naszego celu - Hidasnemeti. Jak się później okazało, o godzinę za wcześnie. Zaczęło padać, bardzo nas to cieszy, mieliśmy w plecakach ortalionowe zestawy „alpinusa” (spodnie i kurtki), takie kondomy, na zewnątrz ortalion, w środku pvc. Rękawy i nogawki zakończone gumowymi ściągaczami. Świetna okazja, żeby je przetestować. Zakładamy nasze kombinezony na ubrania i po 15 minutach zaczynamy się gotować. Pomimo że dochodzi 23, jest ciepło i parno, a my przyglądamy się sobie z podziwem… wyglądamy jak prawdziwi turyści, tacy zaprawieni w boju, co się nie boją żadnej pogody. W końcu pociąg dojeżdża, zatrzymuje się gdzieś, w świetle czołówek widać jakieś budynki. Poza tym żywego ducha. Wysiadamy w deszcz, ulewa jest potężna. Na kałużach robią się bąble od wielkich kropel deszczu. Szukamy gdzieś przejścia granicznego, ale nie za bardzo je widać. Z oddali widać jakiś pociąg na torach, po chwili wjeżdża na stacyjkę międzynarodowy pociąg relacji Budapeszt-Warszawa. Konduktorzy w pelerynach wyskakują na peron, podchodzimy i pytamy czy nas nie zabiorą, bo nie wiemy gdzie jest granica, jeden był nawet chętny, ale drugi stwierdził, że już po odprawie i nie może nikogo zabierać, w każdym razie, powiedzieli, że granica jest kilka kilometrów dalej. Pokazali kierunek, która to droga, machnęli zieloną latarką i odjechali. Zapadły egipskie ciemności. Oszczędzając energię, przy jednej czołówce, dziarsko ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Jednak ta droga była jakaś dziwna, dość szeroka, ale strasznie dziurawa. Nadal potwornie lało. Po kilku minutach marszu, podnosząc wzrok do góry, zobaczyliśmy, kilka kroków od siebie, ciężarówkę. Wyglądała na wojskową. W tym deszczu, niewiele można było zobaczyć, snop światła odbijając się od kropel, bardziej oślepiał niż oświetlał. Droga się urwała, okazało się, że to plac, a na placu, dziesiątki ciężarówek, wozów opancerzonych i czołgów. Zaczęliśmy się błąkać między nimi, szukając dalszej drogi, ale to była ślepa uliczka. Kilkanaście metrów od nas ktoś wypowiedział zdanie w tym całkowicie obcym nam języku. Stanęliśmy z tymi włączonymi latarkami w deszczu i przez chwilę wpatrywaliśmy się w miejsce z którego głos dobiegał. Nawet przez myśl nie przebiegła nam myśl żeby uciekać, w końcu nie zrobiliśmy niczego złego. Po chwili z ciemności podeszło do nas trzech żołnierzy, dwóch z nich miało zdjęte kałasznikowy, trzeci, zaczął coś gadać podniesionym głosem… ja po polsku, kolega po angielsku próbowaliśmy mu powiedzieć: „granica” „Polacy” „urlop” „na Słowację”… mruknął coś pod nosem i pokazał nam ręka, że mamy iść. Doszliśmy do kilku wagonów, żołnierz kazał nam czekać, powiedział coś do dwóch pozostałych i wskoczył do środka. To był zwykły osobowy wagon drugiej klasy. Po kilku minutach kazał nam wejść do środka i w przedziale powiedział „pasport”. Daliśmy mu dokumenty, przejrzał je i wyszedł. Nie wiedzieliśmy, co się do końca dzieje i tym bardziej ile to potrwa. Wrócił po prawie pół godzinie. Przez ten cały czas, siedzieliśmy w przedziale, a na korytarzu stało dwóch żołnierzy z cały czas zdjętą bronią. Co prawda nie celowali w nas i sprawiali wrażenie, że nie są nami zupełnie zainteresowani, prawdopodobnie do czasu, kiedy chcielibyśmy wyjść. Najgorsze w tym wszystkim było to, że strasznie chciało mi się sikać, przez te gumowe spodnie odwlekałem ten moment, aż do końca podróży naszym pociągiem (wtedy jeszcze dało się wytrzymać, a nie miałem ochoty walczyć w brudnym wc z dwoma parami spodni). Później nie było na to czasu i miejsca. W końcu zjawił się nasz, prawdopodobnie podoficer, oddał paszporty i kazał wysiadać. Mieliśmy iść z pozostałymi dwoma. Podprowadzili nas do wejścia na plac i pokazali wąską drogę, która odchodziła od strony stacji. Nic dziwnego, że się pomyliliśmy. Ze stacji prowadziła dość szeroka ulica, która prowadziła na plac, w jej połowie w bok skręcała ta właściwa, dużo węższa, prowadząca ku granicy. Po chwili, kiedy już sami szliśmy drogą, opadła trochę adrenalina i zaczęliśmy się z tego wszystkiego śmiać, skończyło się i tak dobrze. W sumie mogli nas przetrzymać o wiele dłużej i na przykład przetrzepać plecaki, aby dokładnie sprawdzić, co robią obcokrajowcy, w nocy, na odludziu pomiędzy ich czołgami. Całkiem ciekawy musiałby być też sposób składania takich wyjaśnień (bez dzbana wina - bez szans na jakiekolwiek zrozumienie się z Węgrem). Zastanawialiśmy się później, co właściwie robiły tam te czołgi. Doszliśmy do wniosku, że czekały na transport kolejowy z albo na poligon (plac był kilkaset metrów od stacji). Jak się okazało, do przejścia granicznego jest około 8 kilometrów. Dziś pomiędzy granicą a Hidasnemeti jest nowa droga, autem jedzie się tylko chwilkę, kiedyś szło się drugorzędnymi asfaltami, było kilka skrzyżowań i wiele, wiele zakrętów. Mniej więcej w połowie drogi dotarliśmy do nieczynnej stacji paliw. Tam pod blaszanym daszkiem odpoczęliśmy trochę. Po kilku minutach zajechał Uaz węgierskiej straży granicznej. Zyskaliśmy mała nadzieję, że może nas podrzucą te pozostałe 4 kilometry. Podeszli we czterech, otoczyli nas i jeden mówi: „pasport !”, kolega pyta po angielsku, w która stronę granica, a on dalej swoje… „pasport !”. Daliśmy im swoje paszporty, pooglądali, oddali i bez słowa odwrócili się wsiedli do Uaza i odjechali.  Deszcz przestawał padać, zaczęliśmy szacować straty… mokre było wszystko, koszule koszulki, spodnie, majtki skarpety buty. Nie wilgotne, lekko mokre, ale jak wyjęte z pralki bez wirowania. Jako, że był to powrót, plecaki nie byłe spakowane i zabezpieczone idealnie. Miałem w worku foliowym (takim na śmieci) schowane na czarną godzinę 3 koszulki. Nie wiem jakim cudem, ale były mokre w 50 procentach, wszystko co było poza workiem, mokre w 100 procentach. Zrobiło się nie fajnie na samą myśl, że mokre ubrania będą wisiały na nas… aż wyschną. Do domu mieliśmy coś między 15 a 25 godzin podróży. Już mniej dziarsko ruszyliśmy w dalszą drogę. Doszliśmy do granicy, celnicy przyglądali się nam uważnie, pytali skąd i dlaczego, przetrzepali plecaki. Wyjmowaliśmy wszystko na drewniane ławy, na których były kałuże wody (hę, po spakowaniu plecaków te kałuże były jakby większe). Celnik węgierski obejrzał mój nóż myśliwski, mruknął w celniczym slangu „tego nie widzieł”, złapał słoik ze słodzikiem, odkręcił, polizał palec i wsadził go do środka, potem oblizał go i stwierdził „ok.” Powiedziałem mu po polsku, że może sobie już ten słoik zabrać dla swoich dzieci. Jakaż odmiana przy słowackiej budce. Język normalny, a celnik nienormalny. Starszy facet, dobrze po pięćdziesiątce i taki miły, że to w zasadzie niespotykane. Rozmawiał jak z ludźmi, pytał o pogodę jaką mieliśmy na urlopie. Tak… rodzi się taki jeden celnik na milion, który nie ma na stałe przyklejonego wyrazu twarzy Putina. Godzina 2 w nocy, jesteśmy na Słowacji, do Koszyc mamy 25 kilometrów. Pół kilometra od granicy jest jakaś wioska, a tam podobno przystanek autobusowy. Z daleka widzimy typową, blaszaną wiatę „zastawki”. Jest nam coraz bardziej zimno, wszystko nadal mokre, robi się coraz chłodniej, wieje wiatr. To, co zastaliśmy w środku tego przystanku nie napawało optymizmem. Zerwany rozkład jazdy, zamiast ławki, dwie metalowe cienkie podpory desek, a na środku pomiędzy nimi wielka kupa. Postawiliśmy plecaki, usiedliśmy na tych podporach, które po chwili wrzynały się w tyłki i tak czekaliśmy 4 godziny na pierwszy autobus. Ostatnią radość w tej miejscowości spowodował kolega. W chwili przyjazdu autobusu, był tak podniecony faktem opuszczenia wiaty, że szarpnął swój plecak szybkim ruchem i zarzucił na grzbiet. Nie zastanawiając się zupełnie, że mój plecak, z powodu utraty podparcia, ma dużą szansę, przewrócić się w gówno. Tak też zrobił. Nie było czasu na czyszczenie go, więc smród w połowie autobusu był przypisywany naszym osobom. Po latach, dzięki takim karkołomnym i z góry skazanym na porażkę planom, mam co wspominać (było wiele innych, ciekawszych przygód, ale dziś z niejasnych nawet mi powodów, opisałem właśnie tą). Wtedy, z reguły niezależnie od sytuacji, było wesoło i na luzie, śmialiśmy się z tej słowackiej kupy, jak z dobrego dowcipu. Dziś wykupuje się wycieczkę, odpoczywa nad basenem, zwiedza i popija drinki. Jakież to nudne.
 

Dodaj komentarz:
29-03-2010 21:55 Zgłoś nadużycie 
mam lepsze pomysły na urlop niz kupa na przystanku
26-03-2010 21:38 Zgłoś nadużycie 
fajnie mieliście, dziś ludzie są wygodni i wolą klimatyzowany autokar, ja się do nich nie zaliczam, lubię takie prawie survivalowe akcje :)
Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis