« Powrót

Wędkarska opowieść

Sławek, 06-04-2010 20:15
(Ocen: 6)

 

Wędkarska opowieść.
 
Urodziłem się w miejscu otoczonym zewsząd jeziorami i rzekami. Odkąd pamiętam, każdą wolną chwilę starałem się spędzać nad wodą łowiąc ryby. Gdy byłem małym chłopcem nie wiedziałem o rybach praktycznie nic, wszystkiego próbowałem uczyć się na własnej skórze. Wiosnę i lato spędzałem nad wodą, a zimą pochłaniałem książki, różnego rodzaju broszurki i całe tomy „Wiadomości wędkarskich”. Strasznie lubiłem czytać opowieści wędkarskie, no i po takiej lekturze, „wyposzczony” i „naładowany energią”, wraz z topnieniem lodów byłem gotów do kolejnego sezonu. Muszę jednak przyznać, że wyniki były przeważnie mizerne. Prawie każde wędkowanie kończyło się podobnie. Poza kilkoma przypadkowymi rybkami, marzenia o „wędkarskim eldorado” jakoś nie mogły się spełnić. Tłumaczyłem to sobie albo słabością sprzętu, złą przynętą bądź w ogóle brakiem ryb. Tak mijały kolejne lata. Zbierałem niby jakieś doświadczenie, ale wyników jak nie było tak nie było. W okolicy tyle wody, odwiedzałem wszystkie te miejsca i próbowałem to tu to tam, w efekcie nie poznałem żadnego dokładnie. Przed kolejnym sezonem postanowiłem, że tego roku będę łowił tylko w jednym miejscu, dzięki temu poznam je solidnie. Miałem nadzieję, że zmiana taktyki poprawi moje wyniki. Z wielu ulubionych miejsc wybrałem jedno, połączenie dwóch rzek.
Przy pierwszych zasiadkach na wybranym łowisku udało mi się poznać kilku doświadczonych wędkarzy. Od nich dostałem kilka przepisów na przynęty. Jedną z nich był chleb wymieszany z ziemniakami z dodatkiem olejków do ciasta. Płocie bardzo to lubiły. Innymi przynętami były wszelkiego rodzaju zboża. Tymi ostatnimi także trochę zanęcałem.
Ku mojemu zdziwieniu, pierwszy raz od początków wędkowania, zacząłem przynosić ryby do domu (a czasy wtedy były trudne). Były to krąpie i średnie płocie. Z czasem, dzięki częstemu nęceniu, ryby zaczęły się oswajać i można było ich łapać więcej i coraz ciekawsze okazy. Trafiały się na przykład większe płocie gruntowe, moje ulubione. Czasem, podążając wzrokiem za spławikiem w czasie brania, wyobrażałem sobie właśnie taką płoć. Gdy już udało się taką rybę zaciąć, po chwili ukazywała się w czystej, wiosennej wodzie, mieniąc się złotym kolorem. Ten gatunek ma na tyle siły, że nie sposób ryby wyciągnąć na brzeg bez pięknej walki. Nieraz musiałem popuszczać żyłkę, żeby dać się jej wyszaleć. Takich płoci nie było zbyt wiele, jednak złowienie tylko kilku wynagradzało mi wcześniejsze niepowodzenia.
Niestety z końcem wiosny kończyły się też wiosenne płocie. Pomimo szczerych chęci nie potrafiłem nic innego złowić. Minęły kolejne dwa sezony. Udało mi się skompletować lepszy sprzęt i nie musiałem już zbyt często tracić czasu na rozplątywanie żyłki z kołowrotków z ruchomą szpulą (kto je jeszcze pamięta…) albo gimnastykować ręce od ciężaru rosyjskich teleskopów. Nabrałem większej cierpliwości i w zasadzie, nawet łowienie bez efektów, sprawiało mi większą przyjemność niż dawniej.
Pewnego razu wybrałem się na ryby ciemną nocą, nastawiałem się na leszcze.
Gdy szedłem wysokim, urwistym brzegiem rzeki było jeszcze ciemno. Coraz potykałem się o wystające korzenie i nawet zacząłem się zastanawiać czy dobrze zrobiłem wyruszając na ryby. Byłem sam, wszędzie panowały „egipskie ciemności”. Wokół mnie las, woda i tylko patrzeć jak coś wyskoczy gdzieś z krzaków. Jednak po dotarciu na miejsce wszystkie wątpliwości się rozwiały. Wyciągnąłem wędki, przygotowałem zestawy na grunt , zarzuciłem i zacząłem czekać, aż zacznie świtać. Dookoła było słychać pojedyncze głosy budzących się ptaków. Czekałem do momentu gdy zobaczę swoje sygnalizatory brań i ku mojemu zdziwieniu wydało mi się, że na jednym z nich coś ruszyło. Pojedynczy, miarowy ruch sygnalizatora, lekkie napięcie żyłki i… udało mi się złowić pierwszą rybę. Gdy tylko zdążyłem uporać się z zestawem, z którego złowiłem leszcza, drugi sygnalizator znów miarowo ruszył do przodu, mam kolejnego leszcza! Gdy zdejmowałem go z haka zauważyłem, że mam kolejne branie i wszystko powtórzyło się od nowa. Czas płynął, a wszystko działało jak w dobrze naoliwionej maszynie. Powoli zaczynało brakować mi robaków. Jednak zanim się skończyły, ryby przestały brać. Wyłowiłem dwadzieścia jeden pięknych leszczy. Tak fantastyczne branie zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu i niestety, nigdy nie udało mi się pobić tego wyniku, ani w ilości ani w wielkości sztuk. Do dzisiaj wspominam to bardzo miło. Tego dnia w kilku domach, u rodziny i przyjaciół, na obiad była ryba. W ten lipcowy poranek rzeka odpłaciła mi za moją cierpliwość i determinację w poznawaniu jej sekretów. Udało mi się przeżyć małe „wędkarskie eldorado”, czego życzę czytającym tę historię wędkarzom.
Dodaj komentarz:
08-03-2010 21:52 Zgłoś nadużycie 
wiosenka idzie, łowić czas zacząć... cieszę się na samą myśl!
28-07-2009 22:31 Zgłoś nadużycie 
zimny Bałtyk... brrr
Zaprint - Wszelkie prawa zastrzeżone, © 2008 Created by WebArtis